Stronę odwiedzono do tej pory: 554800 razy czwartek 27 kwietnia 2017 r. imieniny : Zyty Teofila Felicji 

normalna czcionkanormalna czcionka


Tomasz Łubieński w swej nowej książce „Ani tryumf, ani zgon...” polemizuje z Normanem Daviesem, autorem „Powstania 44”, ale też z naszą obciążoną mitami świadomością historyczną.

Zdzisław Pietrasik (Polityka, 41/2004)


        Wszyscy byli zgodni: bardzo nam się udała 60 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Huczne obchody, otwarte po wielu latach starań muzeum, trwający nieprzerwanie w mediach serial kombatanckich wspomnień. I wspaniały prezent, jaki zrobił Polakom Norman Davies, wydając monumentalne dzieło pod mickiewiczowskim tytułem „Powstanie 44”. Brytyjski historyk, od lat zakochany w polskich dziejach, napisał, ujmując rzecz w największym skrócie, że Powstanie miało głęboki sens. W towarzyszących premierze książki debatach wypomniano Europie, iż zapomniała o polskim zrywie, ponadto nie wszystkie jeszcze kraje przeprosiły nas za zdrady i zaniechania.

        Któż odważyłby się zmącić ów przyjemny rocznicowy nastrój? A jednak znalazł się śmiałek; jest nim Tomasz Łubieński, eseista, autor bardzo popularnej kiedyś książki „Bić się czy nie bić?”, który też postanowił uczcić rocznicę Powstania, z tym że nie jego wybuchu, lecz zakończenia. To nieco odmienna perspektywa, z której zresztą w przeszłości autor oceniał też inne polskie zrywy. Jak się rozpoczynały, wszyscy z grubsza wiedzą, choćby ze szkoły, która jednak pomijała smutny na ogół finał. Podobnie jest z pamięcią o Powstaniu Warszawskim.
        „Może wyjściem byłoby ustanowienie dwóch świąt, dwóch rocznic – zastanawia się Łubieński w książce „Ani tryumf, ani zgon...”. – Niech więc po tamtych słonecznych reprezentacyjnych obchodach 1 sierpnia święci się równie uroczyście 63 i ostatni dzień Powstania, 2 października, dzień krótszy, mniej słońca, mniej liści. Tamten pierwszy byłby rocznicą nadziei, ten drugi rocznicą żałoby”

        .Dominującym, choć rzecz jasna nie jedynym motywem książki (tym bardziej że eseje powstawały w różnych latach), jest polemika z Normanem Daviesem, o którym Łubieński pisze, zresztą z sympatią, iż „zbytnio uległ urokom polskiej historii, traktowanej jako Boże igrzysko”. Daviesa, jako człowieka Zachodu, bardziej zajmowały grzechy aliantów niż polskie błędy. Polskie błędy są konkretniejsze – odpowiada Łubieński – bo za każdym z nich stoją ludzkie ofiary. 200 tys. ofiar. „Ta liczba jest zbyt ogromna na gest, symbol, legendę” – pisze, podważając jeden z fundamentów powstańczej mitologii.Według tej mitologii Powstanie było powtórzeniem naszego gestu romantycznego, miało nawet swoich poetów, którzy zresztą w odróżnieniu od wielkich XIX-wiecznych wieszczów chwycili za broń i oddali życie za ojczyznę. Nawet z tym osamotnieniem, zawodem, który po raz już któryś sprawili nam zachodni sojusznicy, było nam do twarzy. Bo takie jest przeznaczenie Polaka: walczyć samotnie z przeważającymi siłami wroga, ratować honor, kiedy już nic innego uratować się nie da.

        Tymczasem Łubieński odrzuca poezję, nie ulega legendzie, spogląda na Powstanie chłodnym okiem, analizując je tak, jak ocenia się działanie wojenne podjęte w określonym celu. I widzi błędy, mnóstwo błędów. Po pierwsze, nie przyjmuje do wiadomości przypominanego także i w tym roku argumentu, że Powstanie musiało wybuchnąć, bo taka była wola rwących się do boju żołnierzy podziemnej armii. „Odkąd to dowódcy słuchają swoich podkomendnych?” – odpowiada pytaniem.
        Do dowódców ma zresztą wiele zastrzeżeń, poczynając od wyboru momentu rozpoczęcia walki, czyli pamiętnej godziny W. Dlaczego nie wybrano nocy, lecz porę, kiedy na ulicach była ludność cywilna? „I tym sposobem udzielono wrogowi przyzwolenia (jakby takiego potrzebował), aby strzelać do wszystkiego, co się rusza”. Dlaczego pozwolono walczyć dzieciom, których heroizm przypomina pomnik przedstawiający Małego Powstańca, w hełmie spadającym na oczy. („Dzieci bowiem z pewnością nie powinny walczyć”). Wreszcie największe upokorzenie, jakie spotkało powstańców – kanały: „...cuchnąca droga do śmierci i do życia, gdzie ludzie uczyli się od szczurów, jak się ratować albo topić”.
        Zdaniem Łubieńskiego, wyżsi dowódcy, z których zresztą nikt nie zginął („choć wszyscy byli gotowi, tak się złożyło”), skorzystali z polskiej tradycji. „Tradycji, która właściwie nie rozlicza popełnionych błędów, niepowodzenie łatwo usprawiedliwi obcą zmową i przemocą, potrafi wzruszyć się brakiem szczęścia w wojnie czy w polityce, a w klęsce chętnie dopatrzy się dowodu moralnej przewagi nad wrogiem”.

Rozstrzygające jest pytanie o skuteczność: „Czy poświęcenie polskiej stolicy, zdziesiątkowanie pokolenia wychowanego w niepodległym kraju skróciło wojnę o jedną przynajmniej noc?” Łubieński odpowiada: „Wydaje się, że Powstanie klęski Hitlera nie przyspieszyło, a jeśli opóźniło, tym większa jego daremność”. A w innym miejscu pisze: „Powstanie zwycięskie stałoby się problemem dla koalicji, większym niż powstanie przegrane, zagrożeniem stref i sfer niezbędnych dla wojennej współpracy”.

Dzieło Daviesa jest obszerne, robi wrażenie już swoją objętością; książka Łubieńskiego to zaledwie sto stron, to prawda, że bardzo skondensowanego tekstu. Paradoksalnie można by więc powiedzieć, że autor szkiców zatytułowanych

„Ani tryumf, ani zgon...”, polemizując z romantyczną zaszłością, sam wykonał gest cokolwiek straceńczy, porywając się na przeważające siły przeciwnika. Nie napisałem jednak, że porwał się „z gołymi rękami”, gdyż byłaby to oczywista nieprawda.„Ani tryumf, ani zgon...” to nie tylko polemika z Daviesem, to także gorzka rozprawa z naszą obciążoną mitami (także nowego chowu) świadomością historyczną. Naprawdę warto ją przeczytać właśnie teraz, kiedy dzień krótszy, mniej słońca...

Tomasz Łubieński, Ani tryumf, ani zgon... Szkice o Powstaniu Warszawskim, Wydawnictwo Nowy Świat 2004, s. 104





powrót do strony tytułowejpowrót do strony tytułowej