Stronę odwiedzono do tej pory: 551606 razy niedziela 26 marca 2017 r. imieniny : Larysy Emanyela Teodora 

duża czcionkaduża czcionka



Dariusz Baliszewski

Przerwać tę rzeź!

Autor programu "Rewizja nadzwyczajna" Tygodnik "Wprost", (8 sierpnia 2004)


Przywódcy Polski podziemnej byli przeciwni wybuchowi powstania warszawskiego

        To miało być zupełnie inne powstanie. Niemcy mieli uciekać - zakładano - a my mieliśmy ich rozbrajać. Tak jak w roku 1918. Bo to, że Niemcy będą kiedyś uciekać, dla nikogo od początku tej nieszczęsnej wojny nie ulegało żadnej wątpliwości. I od początku tej wojny rozpoczęły się przygotowania do takiego powstania. W raporcie operacyjnym nr 54 komendanta głównego ZWZ, skierowanym pod koniec 1940 r. do gen. Sosnkowskiego do Londynu, przyjmowano, że nikt nie będzie walczył z wojskiem, a jedynie z policją i aparatem okupacyjnym. Zakładano, że nikt nie będzie zdobywał obiektów nie do zdobycia, a tylko je osaczał. Przewidywano - z braku innej broni - broń najlepszą: zaskoczenie, a dalej pomoc z Zachodu. Nikt nie myślał w kategoriach stosów ofiarnych i polskiej tradycji klęsk. Co więcej, ostrzegano, że powstanie może wybuchnąć w "jednym tylko wypadku, gdy naród niemiecki pod wpływem klęsk militarnych, głodu i agitacji załamie się, a zdemoralizowane i pozbawione widoków zwycięstwa wojsko, łamiąc dyscyplinę, zacznie porzucać swe posterunki, dążąc do domów i rodzin...".

Powstanie nie może się nie udać!

        W 1942 r., gdy w sprawie wybuchu powstania powstawał nowy raport operacyjny nr 154 dowództwa AK dla Londynu, w teatrze wojennym pojawił się już nowy element: sojusznicza, lecz nieprzyjazna Rosja Sowiecka. Przyjmowano więc, choć niechętnie, że Niemcy mogą uciekać także przed Rosjanami. W tym też czasie we wszelkich planach walki powstańczej - opracowywanych w Warszawie lub Londynie - jako warunek podstawowy pojawiło się hasło - przestroga: POWSTANIE NIE MOŻE SIĘ NIE UDAĆ! Jakby w przeczuciu tragedii zadecydowano też, że o jego rozpoczęciu może zadecydować jedynie wódz naczelny.
         W 1943 r., po zerwaniu przez Rosję stosunków politycznych z Polską, autorzy planów powstania powszechnego już mogli zyskać pewność, że będą mieli do czynienia z dwoma wrogami. Na pytanie, który okaże się groźniejszy, odpowiedzieć miała jednak historia. Nadal zakładano, że któregoś dnia "rząd wezwie Kraj do wzmożenia działań zbrojnych przeciwko Niemcom, które mogą przyjąć formę powstania powszechnego lub wzmożonej akcji sabotażowo-dywersyjnej". Tadeusz Żenczykowski relacjonował jedną z odpraw w Komendzie Głównej AK w połowie 1943 r., kiedy gen. Grot-Rowecki przestrzegał: "Pamiętajcie, wolno nam będzie zacząć dopiero wówczas, gdy padną pierwsze sowieckie pociski na lewy brzeg Wisły". Dobrze rozumiano, że każdy błąd w tej sprawie, każdy pochopny, przedwczesny rozkaz - jak pisał gen. Kazimierz Sosnkowski w instrukcji dla kraju z 1 listopada 1943 r. - "byłby hasłem do masowej rzezi ludności".
         Rok 1944 przyniósł doświadczenia powstania strefowego, znanego jako akcja Burza. Doświadczenia zniechęcające. Oddziały powstańcze walczące z Niemcami na kresach, ujawniające się następnie Rosjanom w roli gospodarza terenu, były rozbrajane i wywożone na wschód. Polsce przyszło przeżywać tragedię powstańczego Wilna i Lwowa. "W obliczu sowieckiej polityki gwałtów i faktów dokonanych powstanie zbrojne byłoby aktem pozbawionym politycznego sensu, mogącym za sobą pociągnąć niepotrzebne ofiary" - pisał 28 lipca 1944 r. naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski do gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, dowódcy Armii Krajowej. Ta depesza jednak już nie dotarła do rąk adresata. Podobnie jak następna, napisana 29 lipca: "W obecnych warunkach jestem bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu, którego sens historyczny musiałby z konieczności wyrazić się w zmianie jednej okupacji na drugą".
         Nikt nie wie, dlaczego powstanie wybuchło. Wbrew wszelkim racjom politycznym, wszelkim przestrogom i wszelkim ostrzeżeniom, w tym kolejnych kurierów z Londynu, by uprzedzić warszawskich dowódców, że nie mogą liczyć na żadną pomoc wojskową Zachodu. Czy winne były dwa sowieckie czołgi, które poprzedniego dnia wdarły się na Targówek i prowadzone przez pluton majora Okieńczyca z 6/26 Obwodu AK dotarły aż do Wisły, gdzie zostały spalone przez Niemców? Dla niedoświadczonego dowódcy mogły być sygnałem rozpoczynającego się sowieckiego natarcia na Warszawę. Dla doświadczonych oficerów liniowych, których nie brakowało w Komendzie Głównej AK, fakt ten niczego nie oznaczał. Przeciwko rozpoczęciu powstania opowiedzieli się i szef oddziału III operacyjnego, i szef oddziału II wywiadowczego, i sam dowódca warszawskiego Okręgu AK, a następnie dowódca powstania gen. Antoni Chruściel, Monter. Płk Janusz Bokszczanin na swą uwagę, że zadanie uwolnienia miasta w ciągu 12 godzin, by mogły się w nim zorganizować władze administracji cywilnej, jest niewykonalne, miał usłyszeć z ust gen. Tadeusza Pełczyńskiego: "Panie pułkowniku, w wojsku każde zadanie jest wykonalne, jeśli chce się je wykonać!". Na zastrzeżenie gen. Montera, że nie ma z czym iść do ataku, gen. Okulicki oświadczył: "Broń zdobywa się na nieprzyjacielu".

Stolica skazana na zagładę

        Zwycięstwo powstania okazało się niemożliwe. Żaden z celów wojskowych nie został przez powstańców zdobyty. Nie udało się opanować ani mostów, ani lotnisk, ani magazynów broni. Nie udało się przerwać niemieckich linii komunikacyjnych. Brak ciężkiej broni uniemożliwiał skuteczny atak na niemieckie bunkry i umocnienia. Walka miała się ograniczyć do obrony kolejnych pozycji, kolejnych dzielnic, domów, barykad. Tymczasem Niemcy mordowali zajęte dzielnice - Wolę, Ochotę...
         Dowódcy powstania najpewniej zdali sobie sprawę z klęski w połowie sierpnia, gdy przez radio gen. Bór-Komorowski w dramatycznym rozkazie otwartym tekstem wzywał oddziały AK na pomoc Warszawie. To jeszcze nie opracowany rozdział powstania. Tysiące ludzi, dziesiątki, a może setki oddziałów AK ruszyło na pomoc powstaniu. Do Warszawy nie dotarł nikt.
         23 sierpnia 1944 r. gen. Władysław Anders w depeszy z Włoch raportował na ręce ministra obrony narodowej gen. Mariana Kukiela: "W sprawie pomocy dla Kraju zrobiłem i robię wszystko co możliwe, by powiększyć ilość przerzutów broni do Warszawy. Czujemy się mali wobec bohaterstwa Warszawy. Jesteśmy całym sercem i duszą z Wami... Żołnierz nie rozumie celowości powstania w Warszawie. Nikt nie miał u nas złudzenia, żeby bolszewicy pomimo ciągłych zapowiedzi pomogli stolicy. W warunkach tych stolica pomimo bezprzykładnych w historii bohaterstw z góry skazana na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność...".

Osąd legendy

Czy nie można było przerwać rzezi? W odpowiedzi na to pytanie historia prowadzi na prawy brzeg Wisły. Na Pradze bowiem także 1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie. Dowodził nim płk Antoni Władysław Żurowski, doświadczony oficer liniowy. Żołnierz gen. Dowbora-Muśnickiego, POW, przed wojną dowódca 32. Pułku Piechoty. Od września 1939 r. do 5 października walczył w Samodzielnej Grupie Operacyjnej Polesie gen. Franciszka Kleeberga jako dowódca batalionu. W latach okupacji jako komendant 6/26 Obwodu Warszawskiego Okręgu AK miał - poza innymi - pseudonim Papież. Dla swych żołnierzy - żartowano - był pierwszym polskim papieżem. Na Pradze skupionych było 9,5 tys. żołnierzy AK. 1 sierpnia do walki przystąpiło prawie 7 tys. żołnierzy. Cechował ich ten sam entuzjazm, ta sama bezgraniczna ofiarność i ta sama wola zwycięstwa co w lewobrzeżnej Warszawie. Na ostatniej odprawie w KG AK dowcipkowano, by Żurowski nie niszczył wszystkich Niemców, a choćby część kierował na mosty, tak by Mokotów i Żoliborz też miały udział w zwycięstwie. 1 sierpnia, kilkadziesiąt minut przed godziną W, Niemcy, jakby znając powstańcze plany, ustawili wzdłuż Targowej i Grochowskiej ogromną, liczącą kilkadziesiąt maszyn kolumnę czołgów.
         Mimo to Żurowski rozpoczął powstanie. Zaatakowali we wszystkich rejonach. Zajęli wiele niemieckich obiektów z wielkim gmachem Dyrekcji Kolei, placówkami policji, szkołami na Bródnie, w Golędzinowie. Zdobyli i obsadzili obiekty kolejowe, wiadukty. Uderzyli na niemieckie koszary przy ulicy 11 Listopada. W pierwszych dniach walk na Pradze poległo ponad 500 powstańców. W odróżnieniu od lewobrzeżnej Warszawy płk Żurowski miał do czynienia nie z jednostkami policyjnymi, lecz frontowym, znakomicie uzbrojonym wojskiem niemieckim. Po pięciu dniach walki, widząc nieskuteczność działań, obawiając się ogromnych strat wśród ludności cywilnej, za zgodą dowódcy powstania warszawskiego gen. Montera płk Żurowski postanowił przerwać powstanie. 6 sierpnia walki na Pradze ustały. Bez niemieckich represji. Jak tego dokonano, nie sposób powiedzieć. Podobno - co po wojnie relacjonował płk Antoni Żurowski - w rozmowach z niemieckim dowództwem pośredniczyli księża z kościoła przy placu Szembeka. Do dziś ta historia otoczona jest tajemnicą. Jak się okazuje, można było przerwać powstanie, ocalić tysiące ludzi i uratować przed zniszczeniem miasto.
         Czy podobne rozwiązanie było możliwe na lewym brzegu Wisły? Najpewniej tak. Jak wynika z zeznań gen. Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, składanych w 1946 r. przed polskim prokuratorem w Norymberdze, już od połowy sierpnia podejmował on próby dotarcia do dowództwa powstania z propozycjami kapitulacyjnymi. Bez odpowiedzi z polskiej strony. Podobnie fiaskiem zakończyły się rozmowy kapitulacyjne z pierwszych dni września prowadzone z gen. majorem Rohrem. Warszawa chciała walczyć. Po ustaniu walk na Pradze prawie 2,5 tys. żołnierzy Pragi przepłynęło Wisłę, by dołączyć do walczącego Mokotowa i Żoliborza. Tajna historia powstania odnotowuje, że po kilku dniach walk na Woli jeden z legendarnych dowódców powstania, przekonany o bezcelowości dalszej, już przegranej walki, postanowił wyprowadzić oddziały do Kampinosu, gdzie spodziewał się znaleźć dla nich ocalenie. Jego żołnierze na wieść o rozkazie postawili pułkownika pod ścianą, dając do wyboru śmierć przez rozstrzelanie lub odwołanie, może rozsądnego, lecz - w ich opinii - haniebnego rozkazu. Rozkaz odwołano, a sprawa poszła w niepamięć.
         Po 60 latach powstanie warszawskie jest dzisiaj świętością narodową. Kult wielkiego narodowego czynu został poddany procesowi sakralizacji. Nikt już nie zastanawia się nad jego sensem i celowością najtragiczniejszej ofiary w całych polskich dziejach. Nikt już nie pyta, czy powstanie powinno wybuchnąć i czy można było je przerwać. Wielka legenda powstania, jak się wydaje, pokonała historię. W tej legendzie nie ma miejsca dla Pragi i jej dowódcy.

Dariusz Baliszewski: O Polskiej historii
(wyjątek z artykułu w Tygodniku WPROST nr 2/2006)

        Polska historia ma samych bohaterów. Nie ma w niej miejsca na czarne postacie: zdrajców, agentów, szmalcowników, cwaniaków, malwersantów czy zwyczajnych głupców i nieudaczników. Polska historia rożni się od polskiej rzeczywistości zapamiętanej przez Polaka, tak jak noc różni się od dnia. Polska historia piórami swoich najwybitniejszych badaczy nikogo i nigdy nie osądza, nikogo i nigdy nie oskarża, - i zgodnie z niepisaną tradycją - nikogo nie gani. Każdego swego bohatera potrafi z czasem usprawiedliwić i każdemu wynaleźć jakieś okoliczności łagodzące. Wystarczy przejść do historii, by poczuć się w niej całkowicie niewinnym i bezpiecznym.
         Tym samym jednak polska historia niczego nie tłumaczy, niczego nie uczy, nie wyjaśnia i niczego nie pomaga zrozumieć.
         Zadaniem głównym naszej historii jest, jak się zdaje, budzenie narodowej dumy z tego powodu, że mamy właśnie wspaniałą historię. Ze to prawda, można wykazać na dziesiątkach przykładów różnych Ordonów, Hubalów, Sucharskich, Sikorskich czy Berlingów.

http://www.wprost.pl/drukuj/?O=64298


powrót do strony tytułowejpowrót do strony tytułowej