Stronę odwiedzono do tej pory: 573777 razy sobota 23 września 2017 r. imieniny : Tekli Bogusława Linusa 

duża czcionkaduża czcionka

 

Wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Jan Kurdwanowski
MRÓWKA NA SZACHOWNICY


wybrane fragmenty



Książka jest dostępna na stronie www.kurdwanowski.pl

  Gdy w końcu lipca 1944 w Berlinie zastanawiali się jak utrzymać Warszawę, a w Moskwie jak zdobyć Warszawę, Komenda Główna Armii Krajowej w konspiracyjnych lokalach, za spuszczonymi firankami, głowiła się jak i tym, i tamtym pokrzyżować plany


WOLA
* 1 *

         Środkiem mego świata jest browar Haberbusza, a zwłaszcza jego podwórze. Sanitariuszki, jak zgłodniałe wilczyce, przepychają się do nielicznych rannych, aby pierwszy raz w życiu założyć opatrunek na prawdziwą ranę. Trzeba stać na nogach cały czas i niczego nie spuszczać z oka, by pierwszemu dopaść gdzie należy, nim zaczną rozdzielać broń. Teraz już nie mówią o broni z tajnych magazynów, ale tylko o tej zdobytej na Niemcach.
         Z browaru wyruszają grupy wypadowe na linię. Linia to coś nieokreślonego, zbieranina nazw: Towarowa, Twarda, Waliców, Chłodna, Krochmalna, Grzybowska, Wronia, Ogrodowa. A wieści zmieniają kierunek jak fale w oku cyklonu. To Towarową uciekają płonące czołgi obrzucane butelkami z benzyną, politurą, pokostem, spirytusem, eterem. To znów na odmianę Towarową toczą się zwycięskie czołgi, domy stają w ogniu, ulica zasłana trupami. I tak powoli dla nas, zgromadzonych w browarze, ulica Towarowa staje się najważniejszym frontem drugiej wojny światowej.

* 2 *

Dochodzimy do Towarowej — pustka, widać, że tu walczono. Ustawiamy się w jednej linii, szykując do skoku przez ulicę. Nie wolno pojedynczo: pierwszego zauważą, w drugiego wycelują, w trzeciego strzelą. Jeśli nawet trzem uda się przebiec na drugą stronę, będąc odcięci od reszty, sami nie dadzą sobie rady i trzeba ich odliczyć na straty. W tym momencie Edek wtrąca się, przerywając przygotowania. Radzi, by się wyszczać przed atakiem. Jeśli kula trafi w pełny pęcherz, powiada, mocz eksploduje pod ciśnieniem. Taką ma siłę przekonywania, że zwijamy linię i za jego przykładem odlewamy się w bramie.  

* 3 *

Siedzę i gryzę się. Mogę zwyczajnie prysnąć. I tak zakończyć karierę Powstańca, ale to byłoby najgorsze. Będą mnie potrzebowali, Niemcy jeszcze silni, pocieszam się bez przekonania. Chciałem zdobyć uznanie, sławę, krzyż może, a tu czwarty dzień Powstania, Warszawa prawie uwolniona od Niemców, a mnie już dwa razy odebrano broń jak frajerowi. Dowódca kompanii opierdolił mnie osobiście po raz drugi. Raz aresztowany i raz strzeliłem w puste krzaki. Ale dorobek!  

* 4 *

Niemcy wlezą przez okna na parter od tyłu, a jak nie od tyłu, to z boku albo z przodu. Przycichło na kilkanaście minut. Przez trzęsące się lusterko zerkam ku Niemcom. Widzę w nim dachy, ściany, drzewa, jezdnię, niebo, dym, wszystko tylko nie czołg, który ma stać pośrodku ulicy obok Fundacji Staszica. Karabin maszynowy wystukuje i nagle słyszę krzyk komendy: „Verbindung links!" - i jeszcze coś.
Więc między nimi a nami nie ma nikogo. Dostaję gęsiej skórki, na głowie, plecach, wszędzie. Wołam do Tadzika:
— Panie poruczniku, wejdą na podwórze i odetną nas na piętrze!
Jakby nie było jestem jedynym, co ma karabin, wyglądam bojowo i mój głos się liczy. Każda sekunda spóźnienia może kosztować życie. Tadzik wydaje rozkaz odwrotu. Pędzimy schodami. Pomyślałem o cywilach stłoczonych w piwnicy, ale zajęłoby co najmniej dziesięć sekund zbiec w dół i krzyknąć:
— Uciekajcie!
        Nie oparliśmy się aż na trzecim podwórzu, skąd już normalnym krokiem doszliśmy do skrzyżowania Wroniej z Krochmalną. Nie było po co gonić, jasne że Niemcy nie potrafią posuwać się tak szybko, jak my się cofamy. Pogubiliby się, nie znając terenu. Ktoś skierował nas na barykadę w poprzek Chłodnej na rogu Wroniej, sto metrów w tyle od domu, który dopiero co opuściliśmy.
         Poza barykadą zbiegowisko. Cywile pomieszani z powstańcami rozglądają się we wszystkich kierunkach. Jako jedyny z karabinem od razu zostałem otoczony przez kilku starszych ode mnie mężczyzn, którzy, by ułatwić mi pracę, wypatrywali Niemców. Sprowadzało się to do tego, że oni coraz to widzieli Niemca, a ja nie. Ten radził, jak trzymać karabin, by nie kopnął; tamten zaofiarował się strzelić za mnie, gdy po raz nie wiem który zawiódł mnie wzrok. Zacząłem denerwować się i pocić nie tyle ze strachu, ile ze wstydu, że moi doradcy więcej wiedzą o wojnie, są bardziej rezolutni ode mnie i już wywąchali, iż nie umiem strzelać.
         Nacisk opinii publicznej na mnie osiągnął punkt szczytowy, gdy zobaczono Niemca w odosobnionym oknie, hen, wysoko w szczytowej ścianie, odległej chyba ze sto metrów. Ugiąłem się pod presją z obawy, że mi zabiorą karabin albo się poskarżą.
- Nie bój się pan, przyciśnij kolbę do ramienia.
         Serce mi waliło z lęku, że trzymam karabin za luźno, że mnie kopnie. To by dopiero było pośmiewisko, zwalić się po strzale na ziemię i popluć zębami! Celowałem w puste okno, to muszka była w lewo od okna, to szczerbinka w prawo od muszki lub na odwrót. Co docisnąłem kolbę do ramienia, lufa jechała w górę. Pociągnąłem cyngiel.
- Dobrze, dobrze, trafił pan tuż koło futryny zarzucili mnie komplementami – szkop się schował.
Odryglowuję karabin, zaciął się, próbuję raz i drugi – łuska nie wypada. Wyjmuję zamek, cywile oglądają go, pokazują mi, że pazur wyciągu jest odłamany. Łuski z lufy w ogóle nie udało się wyjąć i karabin zepsuł się po pierwszym strzale.
- Idź pan do rusznikarza – pocieszają – nareperuje w try miga.
Wróciłem do Haberbusza i długo czekałem, bo rusznikarz z pomocnikiem spokojnie reperowali kulomiot, któremu iglica się odłamała. Coraz to ktoś wpadał i ponaglał, bo Niemcy się pchali. Zaczął się nalot, warkot nisko lecących samolotów mieszał się z hukiem ognia broni pokładowej. Korzystając z chwili przerwy, gdy rusznikarz, cofnąwszy się o krok, obcierał ręce o spodnie, pod-sunąłem mu pod nos zamek. Rzucił okiem.
- Nie da rady – rzekł – do dupy.
         Metalowym prętem wybił łuskę, oddał mi karabin i powrócił do kulomiotu. I tak zostałem rozbrojony po raz trzeci.

* 5 *

Od tyłu siedząco-leżącej kolumny wzniósł się gwar głosów, echo niesie się pod arkadami:
- Rosjanie na Rakowieckiej!
Podniecenie wzrasta. Kolumna wstaje.
- Rosjanie na Rakowieckiej!... Hurra, hurra!
Wytrzymaliśmy do nadejścia odsieczy. Jeszcze chwila i zaczną się ściskać i całować. Przez łańcuchy spinające arkady przeskakujemy na jezdnię.

- Hurra! – Hurra! Lecą w górę czapki, hełmy, menażki, manierki, kurtki. Teraz dopiero widać, jak każdy gryzł się, choć tego nie okazywał. Wpada podporucznik, próbuje uciszyć tłum.
         Rosjanie są naszymi wrogami – gdy wejdą – zachowajcie się z godnością. Nie zapominajcie o tym. Muszą zrozumieć, że uważamy ich za wrogów.  

* 6 *

- Wasz stopień! Pseudo ?
- Starszy strzelec Krok – melduję.
Na to Klim odwraca się do powstańca stojącego obok:
- Podchorąży Sław, dajcie mu swój karabin!
Wymieniamy karabiny, a Klim do mnie przed frontem kompanii, której koniec zamazuje się w ciemności:
- Jesteście kapralem.
        Nie wiem, co powiedzieć: tak jest, czy dziękuję. Więc salutuję tylko i biegnę z powrotem. Przemykam się podwórkami, przełażę dziury i odnajduję mieszkanie na pierwszym piętrze. Nic się nie zmieniło, księżyc świeci, dom naprzeciw na skos płonie, przedmioty rzucają podwójne cienie, nieruchome od księżyca, drgające od ognia. Zgrzyt kul o mur. Znowu czarne postacie suną po drugiej stronie ulicy, tym razem bliżej. Przechodzą pod płonącą kamienicą. Strzelam raz za razem, a oni idą nieco bokiem, twarze zwrócone ku nam, i znikają w wąskiej bramie z filarkami. Idą, jakby to nie była wojna, nawet nie przyśpieszają kroku. Dotąd nie pomyślałem, że Niemcy mogą posuwać się po naszej stronie ulicy. Ale ktoś ich już usłyszał czy zobaczył i do mnie:
- Muszkieter, rzucaj granat!
         Dla mnie rzucić granat, to jak pierwszy skok ze spadochronu – skoczek liczy: sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy i ciągnie sznurek. Z granatem jest na odwrót, wpierw ciągniesz, potem liczysz. Jeśli lont za krótki, eksploduje w ręku. Za wcześnie rzucisz, zdążą odbiec. Waham się. Mały ofiaruje się rzucić za mnie. W ten sposób tracę granat, którego przez trzy dni strzegłem jak oka w głowie, na czarną godzinę.  

* 7 *

        Wygląda na koniec Powstania, osłaniamy nie wiadomo czyj odwrót. Powstańcy bez broni, tyłowe formacje masowo przebierają się w cywila, czyli cywilizują się. Fakt, że opuszczamy Warszawę, nie podlega dyskusji. Są zwolennicy przebijania się do Kampinosu i do Rosjan, ja jestem za tym drugim kierunkiem, w mniejszości razem z Edkiem. Po wymianie argumentów moja opinia przeważyła. Jedynym problemem jest przedostanie się pod wiaduktem mostu Poniatowskiego na północ, ale dobrze poinformowani o położeniu w mieście powiadają, że obsada mostu jest słaba i że po salwie do Niemców można pod wiaduktem przebiec. W najgorszym razie zaczeka się do zmroku i przebiegnie bez salwy.
         Po krótkim marszu pada rozkaz zorganizowania obrony Chłodnej. Ludność schowała się przed nami, bramy pozamykane, na pukanie i wołanie nie ma odpowiedzi. Trochę pomaga łomotanie i walenie kolbami.
         Pierwszego dnia Powstania Niemcy zapowiadali przez megafony, że każdy dom, z którego padnie strzał, zostanie zburzony. Widocznie cywile wyobrażają sobie, że i na odwrót, każdy dom, z którego nie padnie strzał, będzie oszczędzony.
         Głośne staccato karabinów maszynowych podrywa nas na nogi. Widocznie Niemcy idą za nami równym krokiem. Odskoczyliśmy do kościoła Karola Boromeusza,staccato oddaliło się, przycichło.
         W oknach domów jeszcze są szyby. Nigdy tak silnie nie odczuwałem piękna i czaru Warszawy, jak w tym dniu jej śmierci. Ulica Chłodna rozszerza się i rozwidla otaczając kościół jak zamek na wyspie pośrodku rzeki. Pusto, ludzie pochowali się, ptaki odleciały. Chodzę dookoła i przyglądam się kamiennym postaciom świętych, girlandą opasujących kościół. Obojętne twarze patrzą w przeszłość czy przyszłość, my uciekniemy, ludność wymordują, one tylko zostaną, najwyżej ogień trochę je osmali.
         Serie kaemów znowu głośniejsze. Śmierć sunie za nami pewnie i nie tak powoli. Klęska jak 1939 roku, tyle, że to wszystko trwało sześć dni. Hala Mirowska niesamowicie wygląda, tak siwa od pyłu, jakby stała nie w słońcu, a w poświacie księżyca. Mówię, że to nie głupota, ale pewnie zdrada, że powinniśmy się odłączyć i na własną rękę przebijać na południe, do Rosjan. Ani na chwilę nie wątpiłem, że byliśmy strażą tylną, którą dowództwo nie zawaha się rzucić Niemcom na pożarcie, aby ocalić siebie i swych popleczników.  

STARE MIASTO
* 1 *

        Wieczorem w piwnicy szkoły, u dziennikarzy z batalionu Łukasińskiego słuchamy radia, a potem wiedziemy długie rozmowy w przyległych krzakach o tym, że nawet nie licząc kapitulacji Niemiec, która wisi na włosku, sytuacja powstania jest lepsza niż Żydów w getcie przed półtora rokiem. Rosjanie stoją o 10 kilometrów, a nie o tysiąc, za Żydami nikt się nie ujął, nas popiera Zachód. Jest nas też więcej. Biorąc jednak pod uwagę stan uzbrojenia, uważamy, że przewaga liczbowa nad Żydami sprowadziłaby się tylko do tego, że rozstrzeliwanie nas potrwałoby dłużej. Wszystkich oburza, że Mikołajczyk, zamiast dogadać się ze Stalinem, „bawi się w politykę”. Na dobitkę polski komunikat z Londynu kończą grając „Z dymem pożarów”. Czyżby już odpisali nas na straty?

* 2 *

        Zdobyczna armata o stosunkowo krótkiej lufie, z osiemdziesięcioma pociskami, została własnością kompanii Lisa. Według pierwszej wersji miała kaliber 50 mm. Prasa staromiejska podała 55, a potem jakoby się okazało, że to była siedemdziesiątka piątka... Widać nikomu nie przyszło do głowy, by zmierzyć średnicę lufy przy pomocy linijki. Było to jedyne działo na siedem tysięcy powstańców odciętych na Starym Mieście, co prawdopodobnie odpowiadało wyposażeniu w artylerię w połowie piętnastego wieku, mniej niż Turcy użyli przy oblężeniu Konstantynopola w 1453 roku. Gustavus Adolfus w 1630 roku miał sześć armat na każde tysiąc żołnierzy.
         Działo stało się oczkiem w głowie i nie straciło na popularności nawet wtedy, gdy się przekonano, że nie przechyli szali zwycięstwa na naszą stronę. Fotografowano je nieustannie razem z obsługą, która w ten sposób przeszła do nieśmiertelności. Przychodzili także powstańcy z innych oddziałów i cywile, aby sobie zrobić zdjęcie przy armacie. Tak, jak to niegdyś fotografowano się w ogrodzie zoologicznym obok żyrafy, gładząc słonia po trąbie, czy na wielbłądzie.

* 3 *

        Koło piątej po południu, bez przygotowania artyleryjskiego, z Białego Domu wybiegli na Nalewki Niemcy, z lewa na naszą prawą flankę do ogrodu Krasińskich. Stałem opierając lufę w otworze strzelnicy, gdy nagle wyskoczyły przede mną ciemne postacie. Nim pociągnąłem za cyngiel, już byli na jezdni. Dopadli do siatki. Artylerzyści nie dali się zaskoczyć ani wystraszyć i natychmiast strzelili, Gdy wycelowałem drugi raz, już kilka nieruchomych ciał leżało na pustej ulicy.
         Ledwo ochłonęliśmy, rozgorzał spór o broń po zabitych. Artylerzyści upierali się, że im się wszystko należy, bo to oni położyli Niemców jednym strzałem. Przechwalali się, że specjalnie wycelowali w jezdnię przed biegnącymi, aby zmieść ich lawiną odłamków, jak z kartacza. Przyznawałem im rację, ale tylko w duchu.

* 4 *

W przyległym skrzydle Pasażu Simonsa, gdzie czuwali butelkarze, powstał rwetes, rozległy się pokrzykiwania:

— Trzymaj go za ucho...
— Za ogon go, za ogon! Dał się słyszeć urywany kwik świni...

Przycichło i zdawało się, że sytuacja jest opanowana, gdy nagle kwik znowu rozdarł powietrze i niewidoczny dotąd duży prosiak wypadł na Nalewki z tego właśnie pomieszczenia, gdzie rano siedziałem na służbie. Mając drogę ucieczki zagrodzoną na lewo barykadą, a na wprost siatką ogrodu straży pożarnej, pomknął w prawo ku Niemcom. Nadarzyła się znowu okazja wyszydzać tyłowców. Oberwało się i butelkarzom, który pomagali grupie aprowizacyjnej w akcji przeciw świni.

* 5 *

        Według oficjalnej wersji, wówczas poufnej i dostępnej tylko najbliższemu otoczeniu, komendant Bór, po odwrocie z Woli na Stare Miasto, zapadł na zapalenie jamy Hajmora czyli zatok, co spędziło go ze stanowiska dowodzenia na łóżko w piwnicy. Zapalenie jamy Hajmora mogło jednak być tylko zwykłym, ostrym bólem głowy, którego nieraz doznaje się po palnięciu szkaradnego głupstwa, np. gdy człowiek strzeli z wiatrówki do wiewiórki, a tu okazuje się, że jest to ogon tygrysa, a nie wiewiórka.

* 6 *

        Pasaż Simonsa stał się rodzajem targowiska niewolników. Dniem i nocą coraz to ktoś wpadał, żądając iluś tam ludzi na wsparcie. Już nie wołali, jak w browarze Haberbusza,... „dwóch chłopów z jajami”, a tłum ochotników napierał. Brali dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu i przewodnicy podprowadzali nas do frontu, czyli na linię, jak się wtedy mówiło. Umacniało to nas w przekonaniu, że gdzie inni zawodzą, my musimy podpierać firmament, jak napoleońska stara gwardia. Skończyło się też regularne spanie. Po powrocie z akcji waliliśmy się na materace, a ponieważ nie wiedziało się, kiedy znowu nas poderwą, nie warto było się rozbierać; także ze względu na złodziejstwo. Najpierw przestaliśmy się myć, poza paru czyściochami. Zmienialiśmy tylko majtki i koszule, brudne rzucając do śmieci. To się nazywało żyć całą gębą! Potem przyszedł koniec codziennych zmian bielizny, brakowało czasu i ochoty na fasowanie z magazynów, połączone z przełamywaniem oporu strażników. Aby poprawić wentylację, rozluźniałem tasiemki bluzy pod szyją i rozpinałem oba rozporki — panterki i luftwaffe, gdy nikt nie widział. Skarpety nie tyle przepocone, co przenoszone, wyrzucałem i wkładałem świeże, aż wyczerpał się zapas w plecaku. Wtedy właśnie włożyłem ostatnie dwie pary w przewidywaniu bliskiego końca Powstania, nie zdając sobie sprawy, że obrona Starego Miasta jeszcze nie rozpętała się na dobre, a Powstanie zaledwie się zaczęło. Kilka brudnych par zatrzymałem w plecaku, aby mieć co naciągnąć na buty, gdy przyjdzie się podkradać nocą. Magazyny wkrótce spaliły się i już nie było gdzie uzupełniać zapasów. Po bieganiu pod obstrzałem buty nie przeszkadzały przy spaniu, ale co było robić z resztą ekwipunku? W pasie z ładownicami i w hełmie nie można było zasnąć, choćby człowiek nie wiem ile się nalatał i utrudził. Plecak nie nadawał się na poduszkę, zwłaszcza z powodu butelki; nie wiadomo było, jak go ochronić przed kradzieżą, chyba że okręcić rzemień wokół kostki. Pas zarzucałem na szyję, przytulałem się do karabinu, a hełm polecałem opiece boskiej. Trzeba bowiem wiedzieć, że jeśli chodzi o kradzież broni i wojskowego wyposażenia, wszelkie moralne skrupuły przestawały istnieć. Odpięto ci granaty, gdyś spał, szczając nawet musiałeś trzymać karabin w drugiej ręce.  

* 7 *

        Wpatruję się w jezdnię zarzuconą cegłami. Nic się nie dzieje poza tym, że cienie cegieł może odrobinę wydłużają się. Czekając na czołgi liczysz sekundy do zachodu słońca, a jest ich tyle, że właściwie nie robi różnicy, gdyby było ich dwa razy więcej. Od tego wyczekiwania różne myśli tłoczą mi się do głowy. Jeśli stanę o parę kroków dalej, gdzie ta cegła, to mnie zabiją i już mnie nigdy nie będzie. Jeśli cegła tam może stać, to dlaczego nie ja. Wieczór nadejdzie, gwiazd nie zobaczę, inni ludzie zobaczą, ale nie ja; jak to może być, że mnie nie będzie. I żadna modlitwa nic nie zmieni. Jestem jak w sieci niewidocznego wszechmocnego pająka. Kichnij, a znajdzie cię. Mdłości przychodza falami.
         Noc gwiazdy, pustkowie, podchody w labiryncie tajemniczych ruin... W porównaniu z niektórymi poprzednimi akcjami była to jak dotąd podniecająca zabawa w wojnę. Chciałoby się powiedzieć, że rakiety szybowały po nocnym niebie jak srebrnopióre ptaki, wygaszając gwiazdy, a świat na przemian to wynurzał się z nieistnienia w oślepiającym blasku magnezji, to zapadał w czarną otchłań niebytu.

* 8 *

        Na spotkania z dziewczynami wymykaliśmy się zazwyczaj, gdy ogień artyleryjski słabł w godzinach przedwieczornych. Niemcy kukońcowi dnia mniej atakowali, może byli utrudzeni, a może uważali, że niełatwo będzie zorganizować obronę świeżo zdobytej pozycji przed zapadnięciem ciemności. Powstańcy zaś, jeśli nie musieli, nie kontratakowali o zachodzie słońca, mając noc za pasem.
         Zawsze odczuwałem nieprzyjemne napięcie w bramie komendy żandarmerii, gdy pytaliśmy wartownika o dziewczęta. Było to tak, jakby po kilkunastu latach wracało się do rodzinnego miasteczka z dalekiego kraju, aby odnaleźć starych przyjaciół. Oczekiwały nas jak siostry braci-rybaków dobijających do brzegu pośród sztormu.
         Potem szykowały jedzenie i pierwszy raz w życiu czułem się jak mężczyzna, głowa domu, którego po pracy witają z szacunkiem i uznaniem. Przy świeczce, przegryzając przysmaki z żandarmskiego stołu, rozmawialiśmy o boju. Musiała być też i inna potrzeba, by wydarzenia dnia opisać słowami, inna niż imponowanie dziewczynom, które i tak nas podziwiały.
         Jeszcze dwa, trzy dni, i Powstanie skończy się, myślałem. A po wojnie będziemy razem włóczyć się po świecie: palmy, kaktusy, baobaby, minarety, piramidy, pagody, rafy, laguny.  

* 9 *

        Czerwieniąc wierzchołki drzew, niskie zadymione słońce kładło długie cienie. Z półmroku, spod gałęzi i krzaków, mogła wybiec w każdej chwili niemiecka tyraliera. Było nas tylko kilku uzbrojonych. Groza ogarnęła wszystkich, że kompania wycofała się zostawiając nieuzbrojonych na pastwę Niemcom. Oczywiście, cofać się można było zaledwie pół kilometra, dalej cofanie automatycznie przeradzało się w marsz ku przodowi. Prawie na każdym rogu był właz do kanału. Nikt z nas nie wiedział, które z nich otwierały się do burzowca na Żoliborz. Zdawało się, że aby uciec ze Starego Miasta, wystarczyło tylko podnieść właściwą klapę i zejść pod ziemię.  

* 10 *

        Zadanie, które dostałem od oficera, było tak niezwykłe i proste, że z miejsca wzbudziło we mnie podejrzenia. Ktokolwiek pojawi się na ziemi niczyjej między szopą a Arsenałem lub dalej poza szopą wzdłuż ściany Arsenału
– strzelać. Porucznik usiłował rozwiać moje wątpliwości podkreślając, że bez względu na to, jak ten ktoś będzie wyglądał
– zabić, nawet gdyby był w mundurze powstańca. Utkwiło to mi w pamięci jako jeden z niedorzecznych rozkazów. Jak się po wojnie dowiedziałem, ten rozkaz był jednak do pewnego stopnia uzasadniony. Tego samego czy poprzedniego dnia poległ trzeci dowódca naszego batalionu, kapitan Edward. O świcie, widząc żołnierzy z biało-czerwonymi opaskami na ziemi niczyjej, wysunął się i zawołał. Strzelili do niego z pistoletu maszynowego. Jak zwykle, podejrzewano Ukraińców.
         Czas mijał miło, dziewczęta przyniosły śniadanie. Cicha błogość zalewała mi serce, gdy po przespanej nocy, mając wciąż ociężałość w kościach, siedziałem wygodnie na krześle popijając słodzoną kawę. Trzeba być frontowym żołnierzem i trochę wojnę lubić, by zrozumieć, jak czuje się człowiek, który do niedawna sam był zwierzyną, a teraz na odmianę z bezpiecznego ukrycia okiem kłusownika lustruje przedpole wypatrując, kogo by ustrzelić.
         Na moich oczach dzień budził się do życia i do śmierci. Z dogorywających zgliszcz dym się snuł powoli, rozświetlony pierwszymi promieniami, brzoskwiniowy u góry, dołem jeszcze szary. Czerwone słońce wschodziło i nie świergot ptaków je witał, ale rzadkie strzały, jak trzaskanie suchych gałęzi pod stopą grubasa.
         Nie spuszczając oczu z przedpola, poprawiłem barykadę. Do mych ulubionych zajęć należało urządzanie się na nowym stanowisku
– takim, które jeszcze nie znajduje się pod obstrzałem. Nim się wziąłem do przemeblowywania, wpierw pozwoliłem pogalopować wyobraźni, co najgorszego może się przydarzyć. Trzeba zastanowić się, którędy odłamki prysną, gdy pocisk wleci ukosem stąd albo stamtąd. Co robić, gdy granat padnie przede mną, za mną. Gdzie zastawić się blatem stołu, a gdzie drucianą siatką z łóżka. Gdzie podeprzeć fotelami, uszczelnić materacami, nie blokując sobie przy tym drogi odwrotu. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.  

* 11 *

W swoich pamiętnikach Bór-Komorowski napisał:
         „Twierdzą duchową Starego Miasta był Kościół Jezuitów w którego podziemiach ojciec Tomasz opiekował się urządzonym tam szpitalem. Był on jednym z tych niewielu, których niezmiennie pogodne usposobienie odcinało się ostro na tle ponurej rzeczywistości Starego Miasta. Kiedy rozpoczęła się ewakuacja, zaproponował mu Wachnowski, aby szedł z żołnierzami, którzy tak przywykli do jego krzepiących słów w tych ciężkich dniach. Ale ksiądz odmówił. Uważał, że jego obowiązkiem jest pozostać i opiekować się nadal ciężko rannymi”.
         Nie ujmując w niczym ojcu Tomaszowi, wiadomo, iż było wielu cywilnych, duchownych i wojskowych, których „niezmiennie pogodne usposobienie odcinało się ostro na tle ponurej rzeczywistości Starego Miasta”. Wielu ryzykowało życie opiekując się do samego końca ciężko rannymi, których większość potem wrogowie dobili. Więc po co od razu „twierdza duchowa”, po co to dęcie w surmy. Jeśli kto, to wódz, powinien być twierdzą duchową. Nie było żadnej okazałej twierdzy, Któżby ją zresztą mógł dostrzec wśród dymów i dotrzeć do niej pod kulami. Siłę duchową Starego Miasta stanowiły tysiące maleńkich, nieznanych twierdz.

* 12 *

         Powróciliśmy do rozmowy o burzowcu. Przedostać się na Żoliborz było w zasadzie łatwo. Kanał wysoki, prosty, idziesz sobie wygodnie, nie garbiąc się. Tylko pod Dworcem Gdańskim właz otwarty, stąpać należy bardzo ostrożnie, wolno, nóg z wody nie wyjmując, najlepiej ciągnąc je po samym dnie. Co myślał Kobuz-służbista, gdy cały pluton w sile poniżej dwudziestu rozprawiał otwarcie o dezercji jeszcze tej nocy? Nikt nie wątpił, że intendentura, policja, żandarmi już ukradkiem umykali na Żoliborz. Lada chwila Niemcy zauważą, wysadzą kanał, a kto nie zdążył
– śmierć frajerom! Wokół, tak jak daleko sięgały materace, toczyły się te same rozmowy.
         Od początku walk o Stare Miasto wybuchło obok mnie kilkaset pocisków i granatników, jeden „goliat”, dwie bomby. Nie wolno wyzywać losu. Mam dość do opowiadania do końca życia. Dziś jestem zdrów i mogę uciec. Ten się uratuje, kto się sam uratuje. Byle dalej od Pasażu, od Starówki, od Warszawy... burzowcem na Żoliborz, a stamtąd przebojem do Puszczy Kampinoskiej. Będziemy spać w wysokiej trawie pod drzewami, opalać się w zagajniku pomiędzy sosenkami. Pachnie żywicą, otrzepujesz mrówki. Kiedyś mi jedna weszła do ucha i narobiła takiego hałasu, jakby koń galopował. Teraz przez dziurę w bębenku do mózgu by wlazła. Zawsze przed snem napycham waty do uszu, z tą watą nieprędko się rozstanę. W lesie będziemy na przemian spać i słuchać komunikatów z frontu; „po silnym przygotowaniu artyleryjskim nieprzyjacielska piechota wsparta czołgami...”. Jak to teraz wszystko inaczej rozumiem... dawniej były to tylko słowa... Teraz jestem specjalistą od wojny, poznałem nową dziedzinę ludzkiego życia. Odczekamy w lesie do końca wojny, aby nie dostać w czapę pięć przed dwunastą. Potem pójdziemy okupować Niemcy...
         Kaemy terkoczą, rakieta za rakietą pomyka od Arsenału jak kula gorejącego śniegu. Należy natychmiast obrócić źrenice ku ciemności i tylko samym skrajem oka obserwować, inaczej oślepi cię na parę minut, widelcem cię zadźgają i nie zobaczysz kto. Czasem zapada tak długa cisza po tamtej stronie, że zaczynasz myśleć, a nuż ukradkiem się wycofali, może kapitulacja Niemiec. Dopiero gdy rakieta znowu wystrzeli, widać, jak są blisko.

* 13 *

        Uderzająca jest różnica stylu życia na Freta i w Pasażu. Tam byliśmy tak blisko Niemców, że mogli bić w nas tylko z broni płaskotorowej, na ciężką artylerię nie zwracało się uwagi. Tu, nim „szafa” zdąży skrzypnąć sześć razy, trzeba stawać pod ścianą, nie zawsze wiadomo pod którą. Nastrój jest znakomity, każdy się wyspał i jest zadowolony z losu rezerwisty. Do tego Rosjanie w końcu uderzyli, a Amerykanie już są za Paryżem, wjadą do Niemiec za trzy dni.

* 14 *

        Kawę dostaliśmy ze szpitala św. Jacka, cukier własny. Po dłuższych zachodach miejscowa piekarnia przydzieliła kilka bochenków zakalca. Widocznie ciasto chleba, co podrosło, to od wstrząsu oklapło. Nawet można odróżnić warstwy, kiedy ciasto rosło, a kiedy opadło. Przy żuciu tynk chrupie pomiędzy zębami. W takiej przełomowej chwili nie psuje mi to krwi, choć wiem od rannej Hanki, że żandarmeria nadal zażera się konserwami. Gotów jestem jeść taki chleb i nic innego do końca wojny, byle tylko Pasażu więcej nie oglądać.

* 15 *

        Tej samej nocy, 26 sierpnia, gen. dyw. Tadeusz Bór Komorowski ze swym pocztem opuszczał Stare Miasto. A oto jego własne słowa:

„W pobliżu naszej dotychczasowej kwatery palił się Kościół Garnizonowy. Nad gettem pękały z sykiem nieprzyjacielskie rakiety. Było zupełnie jasno. Mimo to chwilami trudno było się zorientować, którędy idziemy. Środkiem dawnych ulic z popękanych rur płynęła woda. Przeglądało się w niej zaczerwienione od pożarów niebo i ruiny domów. Właz do kanału na placu Krasińskich, odległy o dwieście metrów od stanowisk nieprzyjaciela, był pod stałym ogniem granatników i ciężkiego karabinu maszynowego Niemców. Można się tam było dostać tylko pojedynczo. Zatrzymaliśmy się pod ścianą narożnego domu. Co minuta od czoła kolumny oddzielała się ciemna sylwetka, przebiegała odsłoniętą przestrzeń i znikała między workami z piaskiem osłaniającymi właz do kanału. Teraz kolej na mnie. Ostatni uścisk dłoni Wachnowskiego:
— Szczęść Boże! Pochylony przebiegłem kilkanaście kroków oddzielających mnie od włazu i przykląkłem za wałem. Na stanowiskach niemieckich naprzeciw — cisza. Nie domyślali się tam niczego”.
         Opierając się na moich doświadczeniach, myślę, że Bora poniosła poetycka fantazja. Parę godzin wcześniej przeszliśmy obok włazu całą kompanią, nie było ani granatników, ani karabinu maszynowego, ani nawet wału. Oczywiście, granatniki spadały wszędzie na Starym Mieście, można więc było na upartego twierdzić, że każdy punkt tej dzielnicy znajdował się pod stałym ogniem granatników, które w rzeczywistości najgęściej sypały się na zaplecze pierwszej linii obrony. Wszystko zależy od definicji terminu „stały”. Raz na minutę? Co kwadrans? Po 26 sierpnia mijałem właz kilka razy, odwiedzając Edka zwykle za widna, i nigdy nie wpadłem pod ogień karabinu maszynowego. Niemcy bowiem znajdowali się po drugiej stronie pałacu Krasińskich oraz sądu – tego, pod którym tramwaje przejeżdżały na Dworzec Gdański – i do pierwszego września wglądu na plac Krasińskich nie uzyskali. Barykadę z worków zbudowano dopiero 1 września; 31 sierpnia po południu ustawiono tam tylko niską przesłonę z plecaków.

* 16 *

        Zaledwie dziesięć kroków dzieli przejście pod oficyną od pasma ruinek, gdzie zaczyna się ziemia niczyja. Są one zbyt niskie, aby służyć nam za skuteczną osłonę przed pociskami, ale wystarczająco wysokie, by ukryć przed naszym wzrokiem Niemców wybiegających z Pustego Domu. Chcąc ich w porę zobaczyć, należałoby usadowić się na gruzie, na wprost wypalonych okien Pustego Domu, gdzie za dnia widać niemal jak na dłoni. Nawet nocą lękam się wychylić, choć wiem, że nie mogą zauważyć mnie w ciemności - jest to jakby ślepej śmierci spojrzeć w oczy. Z Pustego Domu po nocy Niemcy rzadko kiedy strzelają, zbyt to blisko, by ryzykowali zdradzić swe stanowisko. Za to z wysokich kamienic na rogu Bielańskiej często prują długą serię po gruzie - „świetliki” migają nad podwórzami.
         Schowasz się z tyłu, Niemcy zaskoczą cię, bo ich nie widzisz; staniesz z przodu, oberwiesz, bo cię widzą. Biednemu bez amunicji zawsze wiatr w oczy wieje. Nocą rozmawiać nawet półgłosem nie wolno, dreptać w miejscu też niedobrze, bo chrupie pod butem. Po kilku godzinach stania nogi z trudem podtrzymują ciało. Szyja słabnie i ugina się pod ciężarem hełmu i głowy. Co oprę się o mur, powieki same opadają i zaczynam majaczyć. Z rzadka huknie pojedynczy granatnik - nie dość, by wybić człowieka ze snu. Wlecze się ta noc i wlecze. Wyczekuję wschodu słońca jak zbawienia, zapominając co dzień przynosi.
         Gdy świta, jestem już tak zmęczony, jakbym wcale nie miał całodniowego urlopu. O tak wczesnej porze normalny mieszczanin jeszcze się nie goli ani nie myje zębów, a my już jak rolnicy rozglądamy się po horyzoncie, odgadując co dzień przyniesie. Może Bozia sprawi, że się zachmurzy, a żeby tak jeszcze deszcz lunął! Tam, gdzie niebo zbiega się z ruinami, ciemny opar wisi jak zapowiedź burzy, ale gdy słońce zaleje promieniami okolicę, wyjaśnia się, że to dym, jak zwykle. Z narażeniem życia Zosia z blizną na szyi i Sylwia roznoszą kawę prosto z kotła w Sali. Jedzenie odbywa znacznie dłuższą drogę. Wędruje ze szkoły przekopem do podziemi Pasażu, drabiną na parter, przez wielkie okno, w dół po gruzie na skraj podwórza za Pasażem. Tu pobożni robią niewidoczny znak krzyża, pozostali tylko głęboko, na zapas, nabierają powietrza kilka razy, bo oddychanie zwalnia bieg. Potem trzeba odbić się ostro i skoczyć te 30 kroków do przejścia pod oficyną, gdzie jest punkt wypoczynkowy. Oczywiście nie z pełnym dzbanem. Stąd ciągłe opóźnienia. Do tego doszło, że człowiek nie wie, co je. Jeśli na przykład przyniosą zupę o drugiej po północy, to nie wiadomo, czy to kolacja czy śniadanie.
         Służba obserwatora na wprost Pustego Domu daje tak nikłe nadzieje oglądania własnych wnuków, że podporucznik Marian już nie rozkazuje — ty, ty i ty — ale raczej wyraża się w tonie zachęcającym — no, który to tam idzie na górę itp. Raz nakłaniał kogoś bardziej energicznie, a ten mu na to:
— A pośmiertne odznaczenie będzie?
Od tego czasu Marian polega na ochotnikach.

* 17 *

         Na salę noclegową w Pasażu wracało się jak do domu rodzinnego. Sam widok kilkudziesięciu materacy odprężał. Sala przedstawiała mieszany obraz sypialni, jadalni, czytelni, fabryki i frontu. Powstańcy spali, czytali, rozmawiali, spierali się, pożywiali, kręcili pomiędzy maszynami z bronią w ręku. W kącie kocioł bulgotał i dymił nieustannie. Kucharz Ukrainiec lub jego pomocnik doglądali go wciąż, dorzucali paliwa, mieszali. Któryś tam próbował grać na organkach. Przez szerokie drzwi, a raczej otwór, gdzie się one poprzednio znajdowały, wychodziło się na druga, pusta salę. Tam już stały tylko posterunki bojowe.
         Przyjemnie było, zdjąwszy hełm, osunąć się na materac i pół leżąc, pół siedząc, z kubkiem kawy w jednej ręce, pajdą chleba w drugiej, żuć małe kęsy na papkę, popijać drobnymi łykami i paznokciem bez pośpiechu usuwać z języka okruchy tynku. Na stanowisku strzeleckim człowiek zazwyczaj pożywiał się, jeśli nie stojąc, to w niewygodnej pozycji, nie wypuszczając karabinu z rąk i nie spuszczając oczu z przedpola.

* 18 *

        Ranni leżący w szpitalach interesują się, gdzie walczy Wehrmacht, a gdzie policja i SS – temat, który nas mało obchodzi; nie poddajemy się, bo i tak w czapę.. Ich jedyną nadzieją jest natychmiastowa kapitulacja Niemiec lub wejście Rosjan. Nie mogą liczyć na to, że ich rany wygoją się, zanim Niemcy wkroczą. My, zdrowi, możemy możemy się jakoś wymknąć, ale co spotka rannych, każdy wie...
         Niemcy wejdą, podpalą domy. Wpierw dostaną w czapę ci, co nie mogą wstać; potem ci, co nie mogą ustać na nogach; następnie ci, co nie mogą iść o własnych siłach; a na końcu ci, co zwalniają w marszu. I to tylko pod warunkiem, że Niemcy będą w dobrym humorze – inaczej rozwalą wszystkich od razu.

* 19 *

         Gdy jesteś pierwszy raz w życiu nocą na stanowisku, czujesz się, jakbyś miał tysiąc oczu. Widzisz gwiazdy, mgławice, odległe rakiety, kolory ognia, konfigurację cieni i blasków. Wkrótce jednak przychodzi czas, kiedy dostrzegasz tylko to, co ma wpływ na długość twego życia. W pierwsze noce liczyłem godziny od zachodu słońca, potem kwadranse; pod koniec czwartego tygodnia powstania – minuty.
         Hełm zwykle noszę na głowie, również i na sali noclegowej. Wypuścić go na chwilę z ręki i więcej go się nie zobaczy. Niektórzy jednak już nie wytrzymują jego ciężaru i nocą, gdy spokojniej na stanowiskach, hełmy zdejmują; by ulżyć szyi, narażają głowę. Jeszcze dwa tygodnie temu dobra eksplozja o kilkanaście kroków przywróciłaby mi rześkość na dłuższy czas, teraz podmuch wybuchu tylko na krótko orzeźwia. Ledwo kurz opadnie, senność wraca, a z nią lęk przed zaśnięciem. Coraz to mi się wydaje, że ktoś się skrada, to słyszę, to nie słyszę, z przodu, z tyłu, serce mi wali. Szczypię się w policzek, w udo, gryzę wargi do bólu, myślę o nagich dziewczynach, kiwam się i tak mi schodzi do świtu.
         Rąbek słońca błyska w szczerbie muru. Wkrótce cała kula, niby okopcona pomarańcza, wisi nad postrzępionym horyzontem. Przez szpary w dymie światło rozbiega się pasmami i promieniście, jak na obrazku pod tytułem „stworzenie świata” w podręczniku religii dla szkoły powszechnej, przedstawiającym moment, gdy Bóg rzekł „niech stanie się światło”.
         Nadejście dnia — jak zwykle — zamiast ptasząt oznajmiają snajperzy. Półmrok jeszcze zalega w zakamarkach, zapadlinach, szczelinach, w głębi okien, i łatwo dopatrzyć się ludzkiego kształtu tam, gdzie go nie ma. Dołączają się peemy, kulomioty, działka szybkostrzelne bijące wolniej i z postękiwaniem, potem odzywają się większe kalibry i już nie ustają.
         Razem ze słońcem samoloty wychodzą na niebo, zataczają wielkie koła wysoko, potem coraz węższe kręgi i coraz niżej. Tak pewnie krążą sępy. Ile trzeba silnej woli, by do nich choć raz nie strzelić, gdy lecą nad dachami. Od ziemi, ze stanowisk niemieckich podrywają się rakiety i mkną ku nam zostawiając w powietrzu półkoliste smugi dymu. Kostucha zakrzywionym paluchem wskazuje, gdzie się kryjemy. Lotnicy wyspali się, ogolili, umyli, o świcie zjedli śniadanie i poszli do pracy. Polatają sobie, po-nurkują, zawrócą, wylądują na Okęciu, przegryzą, popiją mlekiem, sokiem, posłuchają radia, aż im nowe bomby doczepią, wychylą jednego sznapsa na drogę....
         Wcześniej czy później dziewczyny przynoszą kawę i staromiejski chleb. By nie wyłamać plomby w zębie i nie przeciążać żołądka tynkiem, żuję powoli i bełtam kawę z chlebem w ustach tak długo, aż powstanie papka, Wsysam ją pomału, aby tynk osiadł na dnie jamy ustnej. Zajmuje to sporo czasu, ale nic innego nie mam do roboty, jak tylko stać i nie zagapić się.

* 20 *

        Ilekroć tracę panowanie nad sennością, wstaję, a gdy nogi się zmęczą, siadam. Wbijam paznokcie w policzki, w ucho, szczypię się w udo, ale senność powraca, jak tylko ustaje ostry ból. Strach też czasem trzeźwi mnie na krótko. Jeśli zdrzemnę się, Niemiec stanie w oknie i popruje z peemu albo wejdą od tyłu i strzelą mi w plecy. Więc zmieniam temat na dziewczyny... jakby to one wyglądały nago. Poprzednich nocy wyobrażałem sobie te, które znałem przed Powstaniem, ale już mi się znudziły, już mnie więcej nie orzeźwiają. Więc myślę o Wandzie, Zosi z blizną na szyi, Zosi Kos, Sylwii. Pozwalam im się rozbierać powoli, a sam zerkam przez dziurkę od klucza zgadując, która to jest. Widzę skrawek ciała zaokrąglony, biały, biodro, a może pierś. Ciemne pasmo opalenizny. I tak na przemian, to widzę dziurkę od klucza, to okratowane drzwi sklepu, to okratowaną dziurkę od klucza. Któraż to też jest... Wanda ze smolistymi brwiami...? Tak blisko, że widzę pory skóry... porusza się to w tę stronę, to w tamtą, pewnie nago stoi przed lustrem i robi wygibasy... nie śpieszę się z odgadywaniem, bo jeszcze dużo nocy zostało... a oto twarz przemknęła, zagapiłem się, nie poznałem.
         Okropne zmęczenie wraca, niemal tracę przytomność, patrzę i nie widzę.,. to słyszę, to nie słyszę chrupania od ulicy, chyba ukradkiem stąpają na palcach, podeszli pod okno i stoją. Wycelowałem, a nogą szturcham Muszkę. Siada obok mnie na krześle, obaj nadsłuchujemy, nic się nie dzieje. Daję mu karabin, a sam opieram się o framugę drzwi i zamykam oczy. Szarzeje, idę do kuchni za piec za potrzebą, czyli jak to się na wsi mówi, za stodołę. O tej godzinie jest zbyt jasno, by próbowali zaskoczyć nas nocnym atakiem, a za ciemno na zsynchronizowane natarcie piechoty i artylerii.
         Każdego ranka na strasznie błękitne niebo wytacza się zwiastun śmierci — słońce. Brzmi to może przesadnie, ale pomyśleć, o ile dłużej trwałaby nasza obrona, gdyby nad Starym Miastem wisiały nisko ciemne, deszczowe chmury i lało z nieba, jak to się często dzieje latem. Ogień szerzyłby się wolniej, sztukasy by niedowidziały i czasem rzuciły bomby na swoich, a heinkle w ogóle w bitwie nie brałyby udziału. Ale za to nikt by nie uszedł kanałami.
         Nocą, półprzytomny i w trzech czwartych głuchy, wzdychałem do światła dziennego. Teraz, o świcie, zgodziłbym się, by przyszło zaćmienie słońca i szara godzina została na zawsze. Oczywiście, takie myśli nie zaprzątają mi zbytnio głowy jako niepraktyczne. Dzień po dniu wychyla się słońce za plecami spoza ruin od strony placu Krasińskich i skręca w prawo. Dostrzegam je znowu, gdy przede mną schodzi nad Arsenał. Gdzie promień słońca sięga, tam i pocisk może spaść, więc pomimo pięknej pogody żyje się w cieniu. Narodziny dnia anonsują granatniki razem ze snajperami. Zapewne Niemcy pożywiają się i w ten sposób dają do zrozumienia, żeby im nie przeszkadzać.
         Wojny nawet z ekranu nie znałem, gdyż zgodnie z kodeksem obyczajowym polskiej inteligencji przez całą okupację nie poszedłem do kina. Nie widziałem żadnego reportażu z frontu, a więc na Powstanie wybrałem się nawet wzrokowo nieprzygotowany. Bardzo się zmieniłem od czasów Woli, jakbym przeskoczył z przedszkola do uniwersytetu. Gdyby jeszcze raz przyszło nam walczyć o Chłodną, takimi żołnierzami, jakimi teraz jesteśmy, wstrzymalibyśmy te parę czołgów i batalion kryminalistów SS, grając w brydża. Wychodzący zajmowaliby się obroną. Miał rację piegus w granatowej cyklistówce, śp. ppor. Kenar, wyzywając nas od harcerzy. Ale w ciągu ostatnich dwóch tygodni podmuch wojny wyrwał z naszego ogona wszystkie pawie pióra. Trudno samego siebie poznać. Panterki straciły piękne kolory brzozowego zagajnika późną wiosną, a moja, o wzorze złotej polskiej jesieni, przypomina zeszłoroczne liście. Twarze ściemniały, sczerniały, policzki zapadły się. Barwne chusty poszły do plecaków.

* 21 *

         Ktoś zameldował, że Niemcy są w Pasażu. Czapa. Po drugiej stronie wielkiego korytarza na wysokości pierwszego piętra były małe okienka, skąd mogli wrzucić granaty przez drzwi do obu sal. Nie wiadomo było, gdzie stanąć: przy ścianie — dla osłony przed odłamkami, czy w drzwiach na wielki korytarz, aby nie dać się Niemcom zaskoczyć. W czasie, gdy leżałem pod obstrzałem w gruzie, ppor. Szofer na czele grupy uderzeniowej wpadł pierwszy do sali, gdzie było pięciu Niemców. Rozpylacz od razu mu się zaciął i nim skoczył w tył przyległego pokoju, już zdążyli do niego strzelić. Szofer jeszcze rzucił granat, piękny, kostkowany, angielski i zemdlał. Wszystkich pięciu Niemców poszarpało. Haratanina wewnątrz Pasażu nie trwała długo. Niemcy umknęli do Arsenału, ci, co weszli na gruzy między Pasażem a Długą, też zawrócili... Szofer dostał w głowę; zamroczonego zaraz wynieśli do tak zwanego szpitala, czyli składnicy rannych. Czołgi odjechały, pobojowisko objęła martwota przerywana terkotem kaemów i suchym trzaskiem granatników.
         Jest spokojnie i nieraz mija pół godziny pomiędzy granatnikami, więc jest czas zastanowić się nad przyszłością. Różne zmory wiszą nad nami. Brak amunicji jest jedną z nich. Nikt nie wie, że pozostało mi przeszło sześćdziesiąt naboi, bo nie strzelam na chybił trafił i dlatego od walk o Arsenał nie strzeliłem ani razu. W ogóle nie wiadomo, ile kto ma amunicji. Z tego, co mówią, wynika, że znacznie mniej ode mnie, ale i ja przyznaję się tylko do połowy. Przed tygodniem poznałem dwóch powstańców z „Chrobrego”, jeden miał holenderski karabin z dwudziestoma i jednym nabojem, a drugi włoski z siedemnastoma. Z taką ilością amunicji łatwo popaść w przesadną oszczędność i w ogóle nie strzelać, aż już będzie za późno, bo jak gospodarować siedemnastoma kulami do kapitulacji Niemiec, rosyjskiej odsieczy albo końca życia? Podobny los grozi każdemu, ponieważ nie ma żadnych zapasów.

* 22 *

        Sobota — Amerykanie przekroczyli Sekwanę na północ od Paryża. Na Starym Mieście odparto natarcia na PKO. Walka toczy się wewnątrz Katedry. Nieprzyjaciel przeniknął na Bielańską pomiędzy pałac Radziwiłłów i Bank Polski, przeciwnatarcie z pałacu Radziwiłłów odrzuciło go na Tłomackie. Odparto natarcie na Ratusz z Opery i z Kościoła Kanoniczek. Nieprzyjaciel opanował fabrykę Quebracho, w przeciwnatarciu odzyskano fabrykę, z wyjątkiem garaży. Pałac Mostowskich broni się.
         Niedziela — Rosjanie uderzyli na Rumunię, Amerykanie przekroczyli Sekwanę na południe od Paryża. Na Starym Mieście nieprzyjaciel opanował pałac Radziwiłłów i północne skrzydło Banku Polskiego. Odparto natarcia na ulicę Boleść, Ratusz, pałac Blanka, szpital Jana Bożego i PWPW. Opuszczono pałac Mostowskich. W godzinach wieczornych nieprzyjaciel wdarł się do kotłowni szpitala Jana Bożego.
         Poniedziałek — Rosjanie przerwali front w Rumunii. Amerykanie zajęli Wersal i Fontainebleau, Na Starym Mieście, po wysadzeniu pozycji nieprzyjaciela, odzyskano północne skrzydło Banku Polskiego. Wyparto nieprzyjaciela z pałacu Radziwiłłów i Kościoła Kanoniczek. O godzinie 12 przez wyrwę w ścianie wdarł się do środka Katedry oddział nieprzyjacielski z czołgiem. Mimo odrzucenia piechoty, nie udało się zbliżyć do czołgu. Wieczorem nieprzyjaciel opanował drukarnię PKO. Odparto natarcia na Ratusz, pałac Blanka i szpital Jana Bożego.

* 23 *

         Od tygodnia najbardziej ulubionym tematem są kanały. Potem idą wiadomości z rosyjskiego frontu, tego po drugiej stronie rzeki. Rozważania na temat tchórzostwa innych oddziałów straciły na popularności i splatają się z rozmowami o kanałach. Za złoto sprzedają przepustki do kanałów. Załoga PWPW, odpędziwszy żandarmów od włazu, zeszła do kanału. Intendentura i żandarmeria już się wymykają. Inne oddziały liniowe mają lepsze chody i wpuszczą ich do kanału przed nami. Takie wieści, podniecając wyobraźnię, spędzają sen z powiek. Człowiek może się obudzić o świcie w rozpaczliwej sytuacji: dowództwa nocą odeszły, chaos, ludność przechodzi do Niemców z białymi flagami...  

ŚRÓDMIEŚCIE
* 1 *

        Wychodzenie z kanału trwało dłużej niż wchodzenie. Niektórych wyciągano. Zaskoczyła mnie noc i widok szyb w oknach. Obok włazu stało kilka osób, cywilów i powstańców na wpół po cywilnemu, wszyscy uczesani, dziewczyny w letnich pantofelkach.
         Zawstydziłem się swego wyglądu: bez broni, bez munduru, jak uciekinier. Jeszcze nie przywykłem do tego, aby patrzono na mnie z litością. Dali nam od razu wodę do obmycia twarzy i kromkę chleba. Poszliśmy dalej z nowym środmiejskim przewodnikiem, poprzedni dwaj chyba zawrócili na Stare Miasto. I o dziwo, jak w bajce, znalazłem się znowu pod Palladium, na punkcie rozdzielczym czy zbiorczym, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przed miesiącem zobaczyłem pierwszych powstańców i pierwszego zabitego na skrzyżowaniu Marszałkowskiej ze Złotą.
         Jedynym dowodem mojej żołnierskiej przeszłości był wojskowy but i portki Luftwaffe. Byłem tak samo bez broni i samotny jak miesiąc temu. Z zaciekawieniem gapiłem się na miejscowych powstańców.
         Na sali kinowej przy ekranie paliła się mała żarówka rozpraszając nieco ciemności. Siedliśmy obok siebie wymieniając uwagi o kanale. Co ja brałem za porzucone plecaki, to zdaniem kolegów były trupy. Spostrzegawczość nie dopisywała mi w kanale. Oczekując światła dziennego nie zauważyłem nawet, kiedy przechodziliśmy nocą pod otwartymi włazami. Inni nawet gwiazdy widzieli nad głową. Motor, który raz usłyszałem, miał być czołgiem, przejeżdżającym tuż obok włazu.
         Rozmowy przycichły. Od czasu do czasu ktoś ukazywał się na tle ekranu zapewniając, że szykują nam kwatery. Wszystkiego było nas ze trzydzieści osób. Siedzieliśmy skupieni pośrodku morza czerwonych, pluszowych foteli, koniec sali niknął w mroku. Nie można było wyciągnąć się w poprzek, bo poręcze piły w żebra. To opierałem czoło o fotel z przodu, to znów zsuwałem się jak najgłębiej, półdrzemałem coraz bardziej obolały. Budziłem się raz po raz, ślina ciekła mi z ust na pierś, co otworzyłem oczy, spoglądał na mnie pusty, szary ekran. Nie wiem, dlaczego nie wyspałem się po prostu na podłodze. Może utrata karabinu sprawiła, że nie chciałem zadzierać z tym umytym oficerkiem z podwiniętymi rękawami, który nas miał zaprowadzić na kwaterę. Po Starówce pluszowy fotel dawał poczucie luksusu. Tak więc luksusowo siedzieliśmy, miękko, cicho, bezpiecznie. Gdy tylko zamykałem oczy, obrazy kotłowały się wokół wydarzeń ostatnich dwudziestu czterech godzin. Tłum nocą na Hipotecznej, rozpruty Pasaż, kanały w błękitnym świetle latarek; majaczyły dziesiątki twarzy zasypanych, a może jeszcze żywych.
         Ktoś wszedł i oznajmił, że już dzień i że możemy udać się na śniadanie. Drepczemy wolnym kroczkiem Złotą na plac Napoleona do restauracji PŻ, to znaczy Pomoc Żołnierzowi, tego u nas na Starówce nie było. Ludzie nie przyzwyczaili się jeszcze do wyglądu powstańców ze Starówki, oglądają się, przystają. Władze okazałyby więcej rozumu internując nas natychmiast po wyjściu z kanału, celem poddania przymusowemu odkurzeniu, myciu, goleniu, strzyżeniu oraz spaniu przez dwie doby, zamiast psuć powietrze głupią propagandą, że nie jest źle, a będzie lepiej. A tak budziliśmy grozę wyglądem, zapachem i staromiejskim humorkiem.

* 2 *

        Przed wieczorem ruszyłem w poszukiwaniu kwatery. Od Annasza do Kajfasza. Tylu już nas było ze Starówki, że miejscowym nie imponowaliśmy. Pytali:

- Z jakiego batalionu ?
- Chrobry
- A gdzie pozostali?
- Zginęli pod gruzami
- Gdzie ?
- W Pasażu Simonsa
- Wszystkich nie mogło zasypać.
- Zasypało...
- Legitymację masz?
         Tymczasem zaczynał mi się krystalizować światopogląd: na linię się nie pchać, od komendy głównej trzymać się z daleka, bo ich będą bombami okładać, ale nie za daleko, bo jak co do czego przyjdzie, to oni zawsze coś wykombinują, aby skórę swoją ocalić, i będzie można w tłoku pomiędzy ich nogami się przemycić.

* 3 *

        Sam nieraz zastanawiam się, jaki był mój wkład w zwycięstwo nad Trzecią Rzeszą. Przecież nie trafiłem żadnego Niemca, choć nie mógłbym przysiąc – w takim mętliku nieraz się nie zauważy. Po dłuższym myśleniu doszedłem do wniosku, że sprowadza się to głównie do faktu, że nie dałem się zabić. Ile to amunicji Niemcy na mnie zmarnowali, ile kul bzyknęło obok, ile granatników, pocisków, bomb. A benzyna do sztukasów; ropa do czołgów; węgiel do paro-wozów, które podwoziły do Warszawy zaopatrzenie i części zapasowe; a kosztowne rakiety magnezjowe, które rozbłyskały na niebie, ilekroć nocą potknąłem się o cegły. Lotnicy, artylerzyści, fizylierzy, kolejarze, robotnicy w fabrykach broni. Ileż czasu poświęcili oni wszyscy, by mnie zabić. A ilu Rosjan, Anglików, Amerykanów ocalało, ponieważ wszystkie te kule, pociski i bomby nie posypały się na nich.

CZERNIAKÓW
* 1 *

         Jak dotąd oglądałem Powstanie i wydarzenia na frontach niejako z dna leja po bombie. Odkąd powróciłem na Czerniaków, przyglądam się światu bardziej jak z Olimpu.
         W przerwach między roberkami dyskutujemy bez przesadnego pesymizmu o ciężkim losie Powiśla, gdyż każdą porażkę Powstania wyrównują wielkie zwycięstwa naszych przyjaciół.
My utraciliśmy Lipową i Radną, Niemcy Brukselę i Lyon.
Niemcy zdobyli Elektrownię, Anglicy Antwerpię.
Ulica Dobra padła, Finlandia skapitulowała.
Niemcy zajęli Teatr Narodowy, Anglicy twierdzę Namur.
Niemcy zajęli kościół Świętego Krzyża, Anglicy Besancon.
Niemcy zdobyli Komendę Policji, Rosjanie zajęli Bułgarię.
Niemcy przekroczyli Nowy Świat, Amerykanie granicę niemiecką.

* 2 *

        Zwołaliśmy radę wojenną, trzecią z kolei. Zwoływaliśmy je, gdy jeden z nas, Edek lub ja, uważał, że należy podjąć bez zwłoki decyzję o wielkim znaczeniu. Naradzaliśmy się we czwórkę. Nasze rozumowanie było następujące. Jeśli Rosjanie atakują Pragę, to znaczy że Churchill i Roosevelt nakłonili Stalina, aby pomógł Warszawie. Wobec słabości Niemców upadek Pragi jest przesądzony, może to nastąpić szybko, może się przeciągnąć i tydzień. Sytuacja na Czerniakowie staje się niejasna. Tutejsza załoga bardzo słaba i możliwe, że nie wytrwa do przyjścia Rosjan. Zapada decyzja natychmiastowego powrotu do Śródmieścia pod skrzydła Komendy Głównej AK.
         Generał Monter, wprawdzie nominalnie tylko komendant garnizonu warszawskiego, ale w rzeczywistości faktyczny dowódca i jeden ze sprawców Powstania, odmiennego był zdania, czemu dał wyraz w oficjalnym Komunikacie Wojennym, który jeszcze dotarł na Czerniaków. Według niego nieprzyjaciel usiłował odepchnąć załogę Czerniakowa od Wisły dla skrócenia sobie drogi wycofania na północ wzdłuż rzeki. Nie po raz pierwszy ocenił on niemieckie uderzenie jako próbę ucieczki. Jakby opłacało się Niemcom toczyć krwawe walki przez parę dni po to tylko, aby sobie skrócić marsz o godzinę lub dwie. I dlaczego mieli Niemcy przebijać się na północ, skoro mogli bez przeszkód wycofać się na zachód?
         Swym niezłomnym optymizmem i zdolnością przewidywania generał Monter niewątpliwie zasłużył sobie na miejsce wśród kompanów dobrego wojaka Szwejka. Przecież to on, pod wieczór 31 lipca, postraszył swego komendanta Bora, że już prawie za późno na Powstanie, bo Niemcy wycofują się.

* 3 *

        Od ludzi „Radosława” dowiedziałem się, że Rosjan jeszcze nie widziano, ale że mają się przeprawiać jeszcze tej nocy. Duch bojowy powstańców był dobry, pomimo braku amunicji. Choć pozostały tylko niedobitki, może co czwarty przeżył, łatwiej było ich zabić niż złamać. Wieści o przyjściu Rosjan słyszałem codziennie od początku Powstania, tym razem nie miałem powodu wątpić. Ledwo trzymając się na nogach ze zmęczenia i odprężenia, wyszukałem miejsce w piwnicy na betonie przy węglu, wprzód upewniwszy się, że okna wychodzą na podwórze, i zasnąłem.

Ocknąwszy się, usłyszałem rozmowę:
- Jacy to ruscy, co pani opowiada, to Polacy, polskie mundury mają...
- Ruskie w polskich mundurach.
- Jak to, sama słyszałam, po polsku mówią.
Wyszedłem na piwniczny korytarz. Dniało już.
Przede mną stali polscy żołnierze.
        Koniec Powstania, a ja wczoraj omal nie utonąłem u brzegu. Całe to nocne czołganie wydawało się niepotrzebne, mogłem powitać ich ze studzienki. Czułem się bezpieczny jak nigdy w życiu. Dumny z siebie samego, że w ciągu tych sześciu tygodni nie dałem się Niemcom. Żołnierze nie odzywali się, jakby onieśmieleni. Obwieszeni byli granatami i uzbrojeni w pepesze, które przypominały krótkie, przysadziste karabinki. Niektórzy mieli rusznice przeciwpancerne o długich lufach. Wygląd mundurów był niemal równym zaskoczeniem jak sama obecność berlingowców. Im dłużej patrzyłem, tym piękniejszy wydawał się krój i kolor. Łagodna zieleń mchu, jakże różna od chemicznych kolorów niemieckich mundurów, grynszpanu policji i feldgrau Wehrmachtu. Mieli ciepłe jesienne płaszcze z porządnej wełny, prosto spod igły. Guziki z orzełkiem pomalowane na zielono. Pasy, rogatywki. Chciało mi się ukradkiem dotknąć mechatego rękawa.

* 4 *

        Wkrótce zorientowałem się, że walka toczy się bez zmian w najbliższej okolicy. Pomimo wylądowania odsieczy, Niemcy jeszcze nie wycofali się. W rzeczywistości znajdowali się nadal po drugiej stronie Czerniakowskiej. Od biwaku na podwórzu dzieliło ich kilkadziesiąt metrów i jedna grubość domu, dlatego też bardzo nieswojo czułem się pod otwartym niebiem. Przemknęło mi przez głowę, aby iść do Wisły i nocą przeprawić się na Saską Kępę. Sądząc po kanonadzie, jaka zerwała się znów po wschodzie słońca, nie było bezpiecznie kręcić się za widna po Czerniakowie. Należało zaczekać do zapadnięcia ciemności, a tymczasem dzień ledwo się zaczął. Dom przy Okręgu 2 wyglądał na solidną budowlę i był prawie twierdzą, ponieważ załoga składała się z powstańców batalionu „Zośka”, wspartych pepeszami i rusznicami berlingowców. Zresztą, po co ryzykować przepływanie na Pragę tej nocy – myślałem – skoro Niemcy i tak odejdą lada dzień.

* 5 *

        Dom przy Okrąg 2 tak był zatłoczony uciekinierami z Szarej, Śniegockiej, Rozbratu i Czerniakowskiej, że i w nocy gotowano na podwórzu. Odblask ognisk czerwienił ściany, oświetlał postacie warujące przy kotłach i zaimprowizowanych kuchenkach. Z nastaniem dnia wydłużyły się kolejki przed paleniskami. Ilość mogiłek w ostrym kącie podwórza potroiła się od wczoraj rana. Usypane ostatnio nie miały ani krzyży, ani tabliczek z nazwiskami.
         Z mieszkania dozorcy przyglądałem się jak zrywano asfalt i kopano nowe doły. Kilka zwłok czekało na swoją kolej. Łatwo było odróżnić pierwsze groby, odznaczały się wysokimi, starannie uformowanymi kopcami. Cmentarz wypełniał już trzecią część podwórka, rósł szybko i wypierał biwak.
         Ranek niczym by się nie różnił od poprzedniego dnia, gdyby nie eksplozja, która nieoczekiwanie wstrząsnęła podwórzem. Powstał niesamowity harmider, krzyki, kto mógł, uciekł. Zaskoczyło nawet mnie, że potrafili upuścić granatnik na dno takiej głębokiej i wąskiej „studni”. Ledwo pierwsze wrażenie minęło, mnóstwo ludzi powróciło na podwórze, aby wynieść rannych i ratować resztki zupy z podziurawionych kotłów.
         Coraz to powracało nieokreślone uczucie, że już to wszystko kiedyś przeżyłem i teraz tylko się powtarza. Ileż razy widziałem podwórka kipiące życiem, kotły dymiące zupą, kotły podziurawione odłamkami, okazałe pogrzeby z trumnami, skromne pogrzeby na kocu, zbiorowe mogiły i wreszcie nie pochowane ciała, leżące szeregiem, smagane odłamkami. Chwilami wydawało mi się to wszystko zmorą nocną, którą już śniłem i choć nie pamiętałem dalszego ciągu, przeczuwałem straszny koniec. To znowu myślałem jak każdy, że skoro Rosjanie wmieszali się przerzucając na ten brzeg berlingowców, to Powstanie skończy się dobrze.
         Ale już po paru godzinach powstańcy zorientowali się, że berlingowcy nie umieją się bić w tutejszych warunkach i giną krociami. Na przykład koło „Społem” podkradli się po ciemku pod niemieckie stanowiska i położyli za beczkami. Niemcy ich usłyszeli, wystrzelali z kaemów, bo beczki były puste. Dowódca nie dał berlingowcom rozkazu odwrotu. Powstańcy w tej sytuacji uciekliby bez względu na rozkazy. Żołnierzom armii Berlinga nieraz szkodziła nadmierna dyscyplina. Powstańcy i Niemcy walczyli niczym w czapkach niewidkach, kryjąc się w głębi mieszkań. Berlingowcy, nim się otrzaskali z walką w mieście, strzelali z okien wysuwając pierś, jak to się widzi na rycinach z czasów Komuny Paryskiej.
         Nie daje mi spokoju, że Niemcy mogą podbiec wzdłuż ściany, wrzucić granat do środka i wdrapać się przez okno. Jak widzieć wroga, samemu pozostając niewidocznym? Jest to kwadratura koła, z której rozwiązaniem boryka się każdy na pierwszej linii ognia, zwłaszcza na takim stanowisku jak tu, przy oknie, skąd pole widzenia jest znikome, a za to zewsząd widać wysuniętą głowę.

* 6 *

        Ni stąd, ni zowąd ogarniał mnie optymizm. Bez sztukasów Niemcy nie wygraliby na Starym Mieście, a tu mamy osłonę z powietrza, wsparcie artylerii, zdyscyplinowana regularna armia jest z nami. Amunicji mają tyle, że według staromiejskich norm powinno wystarczyć do Berlina. Wciąż uważałem berlingowców za starszych braci, którzy dokończą, cośmy po dziecinnemu zaczęli. Skoro Stalin wysłał berlingowców na warszawski brzeg, to nie pozwoli im wyginąć i my się razem z nimi uratujemy.
         Już drugiego dnia służby wartowniczej strzępy takich i podobnych myśli przebłyskiwały mi w głowie, jedna drugą goniła, jedna drugiej zaprzeczała. Czy warowałem przy wrotach, czy czaiłem się przy oknie, czy rozmawiałem, wewnętrzy dialog nie ustawał. To huk strzałów echem odbijał się wewnątrz mego ciała, wprawiając w drżenie wszystkie włókna, to na odmianę czułem się jak na bezpiecznych manewrach. Jakby wiatrak w huraganie przesłaniał mi świat, raz słońce błyskało, raz cień padał. Okresy nieokiełzanego optymizmu i cichej rozpaczy przeplatały się nieustannie. Cichej, gdyż aby nie odbierać odwagi młodszym kolegom, udawałem wesołość i dziarskość. Rozpacz w obliczu nie-uniknionej śmierci i radość w oczekiwaniu rychłego odwrotu Niemców nadchodziły falami w coraz krótszych odstępach czasu. Mój umysł ulegał jakiejś aberracji. W jednej chwili wszystko wskazywało na pomyślny obrót spraw, a w następnej na odwrót – nie było na czym zaczepić nadziei.

* 7 *

        Dzień już posunął się nieco i byłby czas na drugie śniadanie, gdy nagłe strzelanina wzmogła się, choć kucie czołgów ustało. Biły setki kulomiotów. Tego jeszcze nie było. Nie mogłem odgadnąć, co się dzieje. Ktoś wpadł do bramy wołając:
- Amerykanie, latające fortece!...
- Spadochrony! woła inny.
Spadochroniarze! – krzyczy trzeci. Szybko zerknąłem przez żelazne drzwiczki i zobaczyłem wysoko na niebie spadochron jeden, drugi... Niemcy zapomnieli o nas, ze wszystkich luf bili w górę.
- Desant!...
         Szalona radość ogarnęła bramę. Gdyby nie to, że nieprzyjaciel obok, ściskalibyśmy się i strzelali na wiwat. Wytrwaliśmy do końca Powstania! Rosjanie i Amerykanie nam pomagają! Spadochrony zniżyły się. Wyglądają na zasobniki. Wpada miejscowy powstaniec i zaklina się, że spadochroniarz wylądował na Szarej. Widzieli, jak ruszał nogami. Sprawdzić nie można, bo to już po niemieckiej stronie. Fortece odleciały i choć zdawało się, że wiele zasobników wiatr zniósł do Niemców, nastrój w bramie był odświętny. Kto by pomyślał patrząc na błękitne niebo nakrapiane kolorowymi spadochronami, że Amerykanie składają wieniec na grobie Warszawy.

* 8 *

        Koledzy zawołali mnie na posiłek. Oddałem pepeszę i zbiegłem do piwnicy. Ledwie zacząłem jeść, gdy piwnica zafalowała, ściana za moimi plecami zachwiała się, sypnęło okruchami tynku.
- „Goliat” – wyjaśniłem i jadłem dalej, tyle że prędzej. Nim skończyłem, druga eksplozja zakołysała domem.
- Teraz piechota skoczy – krzyknąłem.
        Coś obudziło we mnie dawnego ducha: Amerykanie nad Warszawą; słowa Tura, że Krok jest dobrym żołnierzem; chęć pokazania im, co Starówka warta; pokusa ugruntowania mojej dobrej reputacji na pięć przed dwunastą. Zerwałem się i pomknąłem schodami w górę. Jeszcze pył wisiał nad podwórzem, ceglasta mgiełka. Obstawiliśmy stanowiska od ulicy. Nie mogłem odnaleźć mojej pepeszy. Biło tyle pistoletów maszynowych, że trudno było się zorientować skąd. Stałem po wewnętrznej stronie wrót wpatrzony w żółtą ścianę. Raz po raz wybuchały ręczne granaty. Coś mnie tknęło – to przecież na podwórzu. To, czego doświadczyłem w tym momencie, da się chyba porównać z uczuciem człowieka, który wszedł do łaźni, a gdy drzwi zatrzasnęły się, uświadomił sobie, że jest w komorze gazowej. Niemcy zajęli dziób kamienicy.
         Dziesięciu nas zostało odciętych. Obok leżał zabity wczoraj chłopak. Okrągłe jak talerzyki, szeroko otwarte, zakurzone oczy patrzyły w sufit i trochę na nas. Dotychczas uważałem go za normalną część składową naszego stanowiska bojowego, rodzaj dekoracji teatralnej. Teraz jego spokój i obojętność w obliczu tego, co się będzie wkrótce działo, były nie do zniesienia. Coraz to nawijał się pod oczy. Nie chciałem umierać, z bronią w ręku czy bez broni!
         Myśli z obłędną szybkością mknęły mi przez głowę. Jak wydostać się z tej matni. Wystarczyło popatrzeć na innych, by zrozumieć, że nie było sposobu. Będą strzelać z podwórza i od żółtej ściany, kto wysunie głowę — dostanie. Wrzucą granaty przez okna. Mdliło mnie tak bardzo, że z trudem oddychałem. Niemcy zajmą cały dom, a nas kilku zostanie w dozorcówce. Berlingowców wezmą do niewoli, a resztę rozwalą tu, na podwórzu przy grobach. Z piwnicy przy Okrąg 4, wśród ostrej strzelaniny, przedostałem się do następnego domu. Potem przeszedłem przekopem obok wielkiej, krwawej masy. Gruz dookoła był opryskany strzępami mięsa. Dopiero po chwili domyśliłem się, że to nie człowiek, ale sowiecki zasobnik żywnościowy zrzucony bez spadochronu.

* 9 *

        W ciągu trzydniowego pobytu na Okrąg 2 przywykłem do otoczenia wysokich murów, egzystencji na dnie pięciopiętrowej studni, uregulowanego trybu życia oraz poruszania się na maleńkim obszarze, niemal całkowicie osłoniętym stropami. Teraz widok otwartej przestrzeni i wysokich, poszczerbionych domów, górujących samotnie i w grupach nad zadymioną równiną płaskich ruin napawał mnie lękiem. Wszystko zdawało się wibrować. Przechodząc przekopem obok szczytowej ściany wielkiej kamienicy minąłem zwłoki leżące na noszach. Nic szczególnego nie było w zmarłym oraz z fakcie porzucenia go. Uderzyło mnie tylko, że nie zabrano noszy, których zawsze brakowało. Najwidoczniej bitwa osiągnęła taki stopień nasilenia czy przesilenia, że nie było celu przenosić rannych z miejsca na miejsce.
         Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że zmarnowałem trzy drogocenne dni na Okrąg łudząc się, że to już koniec Powstania. Tej nocy, gdy doczołgałem się na Okrąg, a także nastepnej, można było Wisłę przepłynąć względnie bezpiecznie, kajaków było w bród w stosunku do ilości chętnych. Zapewne większość rozumowała podobnie jak ja. Po co przepływać rzekę, narażając się przy tym, skoro wojsko z Pragi przeprawiło się do Warszawy. Obecnie — mówiono — Niemcy kładli zaporę ogniową na wodzie oraz na plaży po obu stronach i oświetlali rakietami nasz brzeg.

* 10 *

         Przestałem się orientować i interesować czasem. Jakaż to różnica, czy był to czwartek czy niedziela, siedemnasty czy dwudziesty, wrzesień czy nie wrzesień. Prawdopodobnie czas odgrywał podobną rolę w życiu mojego przodka sto tysięcy lat temu. Jedyne, co się liczyło, to położenie słońca na niebie. Dzień stał się zbyt wielką niepraktyczną jednostką czasu w porównaniu z przeciętną długością życia na obszarze pomiędzy Wilanowską a Zagórną. Odpowiadał raczej latom, jeśli nie dziesięcioleciom. Nigdy przeszłość i przyszłość nie zajmowały tak mało miejsca w moich myślach. Obie bez reszty pożarła teraźniejszość. Po Edku, Hance, Witku, rodzicach, bracie pozostały nikłe cienie. Powoli przestawało mnie obchodzić, czy kogokolwiek kiedykolwiek zobaczę.
         Tymczasem gen. Bór-Komorowski podzielił się swymi myślami z powstańcami i ludnością Warszawy w rozkazie dziennym z 19 września:
         „Walka z Niemcami w Warszawie dobiega końca... wytrwaliśmy przez 7 tygodni i wytrwamy do czasu wkroczenia do stolicy zwycięskiej Armii Czerwonej... aby odtworzyć Polskie Siły Zbrojne i na niemieckiej ziemi wziąć odwet za wszystkie krzywdy, pohańbienia i straty, jakie nam zadali germańscy zbrodniarze. Dla osiągnięcia tego celu musicie przemóc zmęczenie walką”.
         Rozkaz ten nie dotarł do obrońców Czerniakowa. Najoczywiściej generał, podobnie jak my wszyscy, nie zrozumiał, że w siódmym tygodniu Powstania Biały Dom i Kreml wykonały tylko gest pomocy Warszawie dla celów propagandowych.

* 11 *

        Ułożyłem się na węglu w mojej niszy, pojadłem miodu, słoik postawiłem pod ścianą, aby się nie zgniótł w kieszeni palta. Szmer głosów niósł się piwnicami. Kobieta obok z dezaprobatą wspominała, że powstaniec z łączniczką kochali się w piwnicy, nie krępując się, iż ktoś ich zobaczy. Druga wystąpiła w ich obronie:
— Niech im tam będzie, ile im tam życia zostało...

* 12 *

        Z kulinarnego punktu widzenia podzieliłbym Powstanie na następujące okresy: okres wolski — grochówka i papierosy,

okres wczesnostaromiejski — konserwy i koniak,
okres późnostaromiejski — cukier,
okres śródmiejski — sago,
okres czerniakowski (schyłkowy) — woda z Wisły  

* 13 *

        Najbardziej przerażało mnie przekonanie, że tylko ja jeden wiedziałem prawdę, iż znikąd nie ma ratunku. Tak czy owak... czapa. Wszyscy inni zdawali się na coś liczyć, że jakoś tam będzie, że łodzie, że Rosjanie, że nie wszystkich rozstrzelają. Ja też musiałem na coś liczyć, inaczej poprosiłbym o pepeszę. I co by mi to dało! Bezimiennie zginąć z bronią w ręku, zamiast bezimiennie dostać kulą w kark, bezimiennie spalić się żywcem, bezimiennie utonąć, Chodziło o to, aby nie umrzeć w najbliższej godzinie, żyć z minuty na minutę. Przeżyć do zachodu słońca równało się osiągnięciu nieśmiertelności, jakby noc miała trwać wiecznie.

* 14 *

         Z dala od płomieni powstańcy zrzucali z siebie niemieckie mundury, migali nagimi ciałami na wprost ognia. Ktoś ukazał się w spodenkach tylko, opasany wieńcem butelek i pobrzękując nimi, pomknął w ciemność ku rzece. Pustoszało. Ruch stopniowo ustawał i martwota objęła bramę, podwórze i oficynę. Rano wpadną Niemcy, po krótkiej strzelaninie opór załamie się i rozpocznie rozwałka. Jak by tu się ulokować z dala od żołnierzy, razem z cywilami. Najlepiej by było wśród kilkunastu kobiet i dzieci i paru niemłodych mężczyzn. Znaleźć miejsce osłonięte, jak najbliżej Niemców. Gdy o świcie ruszą naprzód, wygarną nas, zanim rozpocznie się walka, zanim się rozwścieczą.
         Tu, gdzie teraz stoję, jutro staną Niemcy – mundury feldgrau, czarne wypustki i wyłogi SS... grynszpanowe mundury policji, ciemne otwory luf. Niemcy będą wszędzie. Niemcy, Niemcy, Niemcy... Niektóre słowa powtarzały się bez udziału mej woli tyle razy, aż traciły wszelkie znaczenie.
         Tylu rannych zniesiono do bramy, że należało najpierw pomacać stopą, nim się ją opuściło. Jęczeli, postękiwali, kwilili, prosili o wodę. Wszedłem pomiędzy oficynę i front domu. Góra już się wypaliła, ale w piwnicy wciąż żarzył się koks. Usadowiło się tu kilku rannych powstańców i berlingowców. Usiadłem i spuściłem nogi do obmurowanego dołka przy piwnicznym oknie, aby się ogrzać w strumieniu unoszącego się tam słodkawego, ciepłego powietrza.
Żołnierz berlingowiec przycupnięty obok potrząsnął mną.
– Odsuń się, zaczadziejesz.
Wzruszyłem się. Ktoś, kogo nigdy nie spotkałem i nie spotkam, sam ranny, zatroszczył się o moje zdrowie. Z lewej strony ranny podporucznik, też berlingowiec, zaciągając po kresowemu mówił wolno i z przerwami do łączniczki z „Parasola” z ręką amputowaną w przegubie. Dotąd nie zwracałem na nich uwagi... Obiło mi się o uszy:
— Wy jesteście bohaterską młodzieżą.
i oto odczułem nieopisane szczęście... ustało drżenie i wygasł ten wewnętrzny płomień, który nie grzejąc spopielał. Sam siebie już uważałem za ochłap mięsa armatniego, a tu ktoś, kto także czeka na śmierć, nazywa nas bohaterską młodzieżą. Jeśli to mówi, najwidoczniej nie boi się tej dziwnej rzeczy zwanej śmiercią. Nie boi się, bo śmierć nie istnieje. Niby to istnieje, ale nie istnieje. Śmierć nie jest taka, jak każdy myśli, sam to od dawna podejrzewałem. Weźmiemy się za ręce i przejdziemy przez śmierć jak przez mgłę. Gdy strzelą i w piersiach zakłuje i cały świat zamruga, trzeba głęboko oddychać i za ręce trzymać się mocno... aby tylko nie upaść i przejść.
I kogo tam spotkam?... Siądziemy razem wokół ogniska we mgle...
Sami Niemcy się zdziwią... nic się nie baliście, gdyśmy was rozstrzeliwali... jesteście bohaterską młodzieżą, uśmiechną się zakłopotani.

* 15 *

        To rozpacz brała mnie w posiadanie, dlaczego zasiedziałem się na Okręgu, dlaczego straciłem dwie noce na Wilanowskiej. Mogłem wybrać najlepszy kajak, miałem czas zakleić najgorszy, okręcić się dętkami, obwiesić butelkami. Gdzie jest Edek, może żyje i kombinuje, on potrafiłby wpechnąć na łódź siebie i przyjaciół.

* 16 *

Wisła, oba brzegi, Saska Kępa, lasy, stanowiły jeszcze jednolitą ciemną masę, ale nad widnokręgiem już rozciągało się jasne, wąskie pasmo, które pełzło na boki, grubiało, sunęło od wschodu ku nam, wypierało gwiazdy. Kolor nocy przeszedł z granatowego w szary. A oto na ciemnym tle zajaśniało pasmo rzeki.
— Zachodu słońca nie zobaczę — pomyślałem.

Rozwidniało się szybko. Zawróciłem do środka. Nastrój poprawił się. Cywile powtarzali, że Niemcy do cywilów nie strzelają.
- A oto młody mężczyzna w czyściutkim ubraniu, jakby szedł na imieniny, poznać powstańca, dopiero co się przebrał. Opodal leźą niemieckie mundury z biało-czerwonymi opaskami — w wystarczającej ilości, aby uzasadnić rozwałkę kilkuset osób. Żołnierze wyginęli nocą nad brzegiem, obrona nie wytrwa do południa — myślałem. Na posesji przy Solcu 53 nie było uzbrojonych.
         Zrobiło się już zupełnie widno, choć słońce jeszcze nie wzeszło. Niemcy kończą śniadanie. Zaraz się zacznie i nie ustanie, aż będzie po wszystkim. W tyle za sobą usłyszałem słowa:
— ...wyjść do Niemców.
Wychodzimy do Niemców, prędzej, prędzej, prędzej, zanim zaczną strzelać, potem będzie za późno, wrzucą granaty do piwnicy... nie brać walizek.
- Wychodzić! Wychodzić!
Strumień ludzi pchał się w kierunku wąskich schodów, na których staliśmy. Ruszyliśmy pierwsi, ja i mężczyzna, który razem ze mną agitował, za nami kilkadziesiąt osób.

         Mnóstwo zmarłych leżało dookoła, byli to ranni, których wieczorem tu zniesiono, aby nie konali bez dachu nad głową. Otwarte usta, zaschnięta krew, wyszczerzone zęby, jedno oko przymrużone, drugie wytrzeszczone.
         Zaczęło się targowanie, kto wychodzi pierwszy. Ci z tyłu pchali się, ci z przodu cofali. Sam też wolałem nie ryzykować jako pierwszy. Powstał mętlik. Coraz to ktoś czmychał z powrotem. Ludzie, którzy od półtora tygodnia żyli w piwnicy, od samego światła dziennego dostawali drżączki i zawrotów głowy. Gdy się obejrzałem, zostało tylko parę osób, potrzeba było więcej kobiet.
         Zawróciliśmy do piwnicy, ja i ten drugi. Nigdy dotąd nie przemawiałem do tłumu i to w obronie mego życia. Ze stopni zawołałem:
- Widzieliście te trupy w bramie, tak będziecie wyglądać, jeśli zaraz nie wyjdziecie.
- Podpalą, wrzucą granaty do piwnic, kto wytknie nos — zastrzelą.
- Kobiety też rozwalają, stare i młode... i wieszają.
- Niech tylko powstańcy zabiją Niemca, zobaczycie, co się stanie.
- Myślicie, że potem wyjdziecie z białymi płachtami. Nie zdążycie, dosuną z „tygrysa” i ta buda się zawali.
- Widzieliście, ile tu mundurów leży na ziemi, wiecie, co to znaczy?          Znowu podniecenie ogarnęło piwnicę i kilkadziesiąt osób zgromadziło się w bramie, ale, jak i przedtem, nikt nie chciał iść pierwszy, zaczęli czmychać z powrotem do piwnicy. Rozpacz mnie poderwała. Pchnąłem się w pierwszy szereg. Ci, na samym przodzie, nie zdawali sobie sprawy, jak się z tyłu przerzedziło.
- Wychodzimy... wychodzimy!
Pobielało w bramie od poszewek, ręczników. W ostatniej chwili krzyknąłem:
Skręcać do mostu, przy moście jest Wehrmacht, na Zagórnej jest SS.
        Przez parę sekund machaliśmy białymi szmatami na zewnątrz bramy, na Solec, jeszcze nie wysuwając się na ulicę.
         Ruszyliśmy ławą. Szliśmy wolno, im wolniej, tym bezpieczniej, po ziemi niczyjej, jak po arenie, w promieniach wschodzącego spoza rzeki słońca, na widoku czterech armii
— Krajowej, Berlinga, rosyjskiej i niemieckiej — wymachując białymi ręcznikami, poszewkami, podpinkami.
         Wtem z narożnej kamieniczki po prawej stronie wysypują się żołnierze; nie w feldgrau, a w ostrozielonych mundurach. Policja. Machają ku nam rękoma i po chwili jesteśmy pośród nich. Wyglądają świeżo, czysto, ogoleni, wypoczęci, jakby dopiero co wojnę zaczęli. Zadowolone twarze — oto szczury uciekają, więc okręt tonie. Znowu jestem pod okupacją. Jeszcze się nie mogę oswoić, że tak stoimy razem, ja i oni, i nic się nie dzieje. Od razu wiem, że nie zanosi się na rozwałkę.
         Jestem jak mrówka, która się znalazła na szachownicy podczas turnieju o mistrzostwo świata i zadziera głowę.
         W niskim słońcu wisi opar nad Warszawą, opar obłędu, co wszystko z ludzi na wierzch wydobywa. Myślę sobie, że powstańcy powinni złożyć broń, ale na pewno nie złożą i będą walczyć do ostatniego naboju, diabłu na uciechę.



powrót do strony tytułowejpowrót do strony tytułowej