Stronę odwiedzono do tej pory: 551607 razy niedziela 26 marca 2017 r. imieniny : Larysy Emanyela Teodora 

normalna czcionkanormalna czcionka



ŻYCIE W POWSTAŃCZEJ WARSZAWIE

SIERPIEŃ — WRZESIEŃ 1944
Relacje — dokumenty




(18) RELACJA NR 265
Aleksander Rogalski, lat 32, publicysta,.
Warszawa, ul. Tłomackie (brak numeru domu).




TRAGEDIA BEZ KOŃCA
Rzecz o Powstaniu Warszawskim

OSTATNIE DNI LIPCA


         Katastrofa zbliżała się ku miastu chyżymi krokami. Ono nie zdawało się jej przeczuwać, choć trawił je coraz większy niepokój.
         Pogoda była piękna. Lato święciło swój triumf, bujna zieleń płodna w owoce tłumiła lęk przed wczesnym zgonem i mocami zniszczenia. Umysły zelektryzowała klęska armii niemieckiej na polskich ziemiach wschodnich. Tłumy wyległy na ulice i całymi godzinami przyglądały się drugiej w dziejach, straszliwszej niż pierwsza, napoleonadzie. Czyż te niekończące się szeregi — strudzone, bezładne, niejednokrotnie pokryte łachmanami, z piętnem beznadziejności na twarzach, wlokące za sobą tak niegroźnie teraz wyglądające machiny mordu, strzaskane armaty, okaleczone czołgi, zużyte auta — nie były forpocztą bliskiej Wolności? Niejedno polskie serce przeniknęło drżenie radości.
         Zanim Los przystąpił do swego straszliwego dzieła, starcia na proch Wielkiego Miasta, upoił je wprzódy złudnymi obrazami śmiertelnego rozkładu wroga, zapalił ogniem wzniosłego porywu, rozjaśnił oblicze jego radością i nadzieją.
         Okrucieństwa czy dobroczynność?
         W tym momencie dziejów i w tym punkcie geografii dwa te pojęcia zlały się w jedno.
         Wydarzenia ostatnich dni przed 1 sierpnia ostudziły rozpalone umysły. Przez Warszawę poczęły płynąć na wschód nieprzerwane strumienie nowych świeżych wojsk i nowej broni, a władze niemieckie — straciwszy głowę w pierwszych dniach po nieudanym zamachu na Hitlera — wracały teraz i rozpoczynały urzędowanie.
         Bezpańskim zdawałoby się, w ciągu kilku dni Miastem na nowo zaczął kierować ten sam srogi władca. Po ulicach po dawnemu pędziły auta z żandarmami, budząc dreszcz grozy. Gestapo urzędowało. Gubernator dr Fischer kompromitację swą pragnął pokryć wielkimi afiszami, przy pomocy których nawoływał ludność Warszawy, by pomogła armii niemieckiej dokonać cudu i w sile 100 000 ludzi stawiła się nazajutrz rano w wyznaczonych punktach z łopatami do kopania rowów w pasie podwarszawskim. Zamiast 100 000 stawiło się zaledwie paręset osób. Rozpuszczono je do domów. Miasto oczekiwało represji, łapanek ulicznych i blokad. Nie było ich.
         Czyżby Niemcy knuli coś innego, gorszego jeszcze?
         Wówczas to w rzeczywistości zaczęło pęcznieć krwią słowo, które było dotąd tylko dziecięciem dalekiej mglistej przyszłości: powstanie! Powtarzały je już teraz przekupki spod Żelaznej Bramy, wyrostki na ulicach sprzedające papierosy, powtarzał je z troską mąż żonie, brat siostrze, syn ojcu. Każdy dom polski robił wrażenie zwierzęcia przyczajonego do skoku. Do skoku w otchłań dziejowej decyzji. Tylko że jednych ożywiał entuzjazm i naiwny optymizm, drugich przenikał lęk, złe przeczucie i niewiara.
         Ostatnia niedziela przed powstaniem — 30 lipca.
         Rozmowa z kolegami o powstaniu, o którym wiemy, że wybuchnie, że miało się już rozpocząć wczoraj — w sobotę — o godzinie 4.00 po południu, ale je w ostatniej chwili odwołano. Próbujemy ocenić nasze realne możliwości, istotne siły. W ocenie jesteśmy zgodni: powstanie skończy się bezwzględnie naszą klęską. Padają twarde, bolesne słowa, towarzyszy im autoironia i szyderstwo: Jeden stary grenadier niemiecki spod Stalingradu zaczajony za węgłem muru z zimnym uśmiechem wybije co 'do nogi w ciągu niewielu chwil całą gromadę polskich zapaleńców. Co za uciecha dla żołnierzy którejkolwiek z dywizji SS walczyć z taką armią: polowanie na dzikie kaczki!
         Siedzieliśmy na skarpie, mając u swych stóp widok na całe Powiśle zalane południowym słońcem. Oczy nasze wśród zieleni ogrodów wypatrywały żołnierzy i trupów, a domy — przeznaczone do długiego mieszczańskiego żywota, z których okien dolatywały dźwięki fortepianów i patefonów — widziały w ogniu i gruzach.
         Nie mieliśmy żadnych złudzeń. Wiedzieliśmy, że powstanie jest za- decydowane, a zarazem, że broni starczy ledwo dla 1/3 kadry Armii Krajowej.
         Obłęd czy konieczność polityczna? Jakkolwiek było, nie dawaliśmytemu wiary, że sytuacja, w której znalazła się sprawa polska na arenie międzynarodowej, popychała nas do przedsięwzięcia tak ryzykownego i krwawego. Byliśmy przekonani, odrzucając z miejsca jako ludzie zachodni wszelki fatalizm, że są jeszcze inne drogi, które nas wywieść mogą ze ślepej ulicy. Ale jednocześnie wiedzieliśmy, że rządowi naszemu w Londynie brak dostatecznej orientacji w możliwościach militarnych Kraju i że wśród czynników, które Kraj reprezentowały, idea powstania była tak popularna, że wystarczała pierwsza lepsza okazja, a mógł być nią odgłos dział sowieckich słyszany w Warszawie, by je wywołać. Tak więc widmo powstania było realne, unosiło się już nad naszymi głowami.
         Rozstawaliśmy się z ciężkim sercem.


1 SIERPNIA

         Po prostu zwyczajnie, jak tyle innych dni, przyszedł dzień 1 sierpnia.
         Na ulicach ruch ogromny. Ludzie — pozornie zupełnie obojętni na wielkie rzeczy — robili wrażenie całkowicie pochłoniętych swymi drobnymi sprawami: kupowaniem kaszy, mąki, cukru, chleba. Miasto wrzało, chcąc się jeszcze na końcu wyszumieć, zanim powali je śmiertelny Bezruch.
         Ale było już coraz niebezpieczniej; coraz częściej grzmiały salwy pojedynczych wstrząsów, coraz częściej terkotały karabiny maszynowe. To policja, bądź też wojsko broniły się przed atakiem motłochu, który rzucał się, nie zważając na niebezpieczeństwo, na magazyny z żywnością czy odzieżą i rabował, co się tylko dało. Raz po raz ktoś chyłkiem biegł pod murami, uginając się pod zwojem sukna lub workiem z mąką.
         W południe o godzinie 1.00 słuchałem na placu Teatralnym „szczekaczki”. Donosiła o wielkiej porażce armii sowieckiej w rejonie Warszawy. Kilka tysięcy żołnierzy wzięto do niewoli, zdobyto duży łup. Tu leżała tajemnica zamilknięcia odgłosu działań frontowych w ciągu ubiegłego dnia i nocy.
         Czyżby widmo powstania zaczęło się oddalać?
         Od poniedziałku Miasto obiegły pogłoski o wyjeździe Mikołajczyka do Moskwy. Ponieważ powstanie z góry było pomyślane nie tyle jako uderzenie w Niemców, ile jako uderzenie w Moskwę — chwila jego wybuchu wydawała się polskim przywódcom. politycznym i wojskowym dojrzała.
         We wtorek po południu uliczne niepokoje już nie milkły. Przeciwnie — odgłosy strzałów i huki granatów wzmagały się, stały się wreszcie nieprzerwane. Niebezpiecznie już było stać w oknie, nawet przebywać w mieszkaniach — zwłaszcza na wyższych piętrach.
         Coraz silniejsze detonacje ogłuszały, denerwowały. Mimo to każdy był przekonany, że to zwyczajne awantury uliczne.
         Było już daleko po godzinie 4.00, gdy wtem ni stąd ni zowąd padły magiczne słowa: To s i ę j u ż z a c z ę ł o. Wszystko, co żyło, zerwało się na równe nogi i w największym pośpiechu zaczęło schodzić do piwnic.
         T o się już zaczęło. Czasami proste, zwyczajne, niewinne słowa nabierają potężnej władzy. W ruch wprawiają tysiące ludzi, w tysiącach rozpętują burzę uczuć i namiętności, często zabijają.
         Słowa: To się już zaczęła namagnesowane były trwogą przed czymś wielkim i nieznanym a zarazem uczuciem ulgi, odprężenia: rozpętała się wreszcie długo powstrzymywana lawina wypadków. Stoimy teraz twarzą w twarz ze swym przeznaczeniem. Już teraz nie ma odwrotu, nie ma ciemności. Wreszcie jest wszystko postanowione. Wszystko jest jasne. Powstanie stało się faktem dokonanym.
         Tak jednym skokiem znalazła się Miasto w nowej — ostatniej — fazie swego życia.
         W piwnicy upływały długie godziny oczekiwania, zanim nie przyszły późnym wieczorem pierwsze wieści z Miasta, przyniesione przez parę zdyszanych kobiet, które wybuch powstania zaskoczył poza domem. Brzmiały one: „Sródmieście opanowane przez naszych. Cała Marszałkowska tonie w polskich barwach”. Wywołało to poryw entuzjazmu tłumiony obawą przed niemieckim odwetem: z ulicy wciąż dochodziły odgłosy jadących aut i czołgów i krzyki niemieckich żołnierzy.
         Noc spędziłem w mieszkaniu na III piętrze w towarzystwie dwóch przyjaciół. Nikt z nas nie spał, drzemaliśmy tylko, zmęczeni rozmową i trapiącymi nas myślami. Naraz poderwał się dziwny miarowy dźwięk, dochodzący z dołu od ulicy: „A-ka, A-ka, A-ka!” Skoczyliśmy do okna, świtało już. Na ulicy cicho. Po Niemcach ani śladu. Od Długiej w stronę Leszna szli rzędem, trzymając się murów, żołnierze Armii Krajowej, zwołujący się: „A-ka, A-ka, A-ka!”
         Było to moje pierwsze zetknięcie się z aktorami wielkiego dramatu, który się właśnie rozpoczynał.
         Uderzało, że żaden z nich nie miał broni, może dopiero się po nią udawał? Rzadko który miał mundur, wszyscy nosili na rękach biało-czerwone opaski. Element bardzo mieszany: starsi mężczyźni i wyrostki, dzieciuchy jeszcze, Bluza robotnicza obok modnej warszawskiej marynarki. Ale tym silniejsze ich widok czyni wrażenie. Czuło się wielkość idei która w jedne i to same szeregi złączyła starego i młodego, urzędnika i robotnika, kupca i rzezimieszka. Bo i tacy wśród nich niezawodnie byli.
         Pierwsi polscy żołnierze jawni, oficjalni po pięciu latach niewoli! Szare ich niepokaźne postacie niepewnie kroczące naprzód, jakby zamroczyło ich pierwsze tchnienie Wolności, która zdawała się unosić tuż nad ich głowami taka bliska, a w rzeczywistości tak daleka, daleka, nieskończenie daleka — były zwiastunami świata innego, lepszego, świata nowych naszych tęsknot, westchnień i modlitw.
         Jeśli całe powstanie w moim widzeniu pozostanie może na zawsze straszliwym wytworem jakiejś chorej, zawiłej, gigantycznej wyobraźni —to ci pierwszy raz przeze mnie na Przejeździe i Lesznie ujrzani bojowcy polscy budzić będą we mnie za każdym razem uczucie jasne, promienne, podniosłe.


TRZY DNI

         Środa, czwartek, piątek — było pięknie. Ludzie powychodzili z piwnic, na wielu domach pojawiły się biało-czerwone flagi — najgęściej ozdobiona nimi była Elektoralna. Zgubne to miało skutki wnet przynieść. Ale w tych pierwszych dniach powstania niewiele było rzeczy, które mąciły dobry nastrój, prócz może pogody. Deszcz lał bez przerwy, z nieba zwieszały się nisko ciężkie ołowiane chmury. Rzadcy pesymiści widzieli w tym zły omen dla powstania.
         W dzień słychać było detonacje i staccato karabinów maszynowych. Nasi atakowali, Niemcy bronili się. Nocami niebo było ,pomarańczowe. Miasto płonęło. Czasem czuć było zapach spalenizny, swąd dymu.
         Wszystkich zadziwiała nagłość sukcesów powstańców i zniknięcie Niemców z pola, zwłaszcza, że tak słabe było uzbrojenie naszych. Dodawał ten fakt otuchy, umacniał w przekonaniu, że powstańcy w ciągu kilku dni opanują Warszawę.
         Słabe uzbrojenie, niedostateczność i lichość broni jak przekleństwo ciążyły nad całym powstaniem od pierwszego dnia. „Nie mamy broni!” Ten okrzyk rwał serce każdego Polaka jak sztylet. Czyż los nam zawsze każe zdobywać Wolność nieuzbrojonymi rękami?
         Sam byłem świadkiem zdobywania przez naszych dwóch magazynów. Garstka młodych ludzi, uzbrojonych w jeden pistolet automatyczny, kilka granatów, kilka butelek z benzyną i jeden karabin ręczny, w ciągu niecałej godziny zdobyła dwa gmachy i wzięła kilku Niemców do niewoli. Wśród nich znajdował się oficer z poczty. Siwy, wyniosły, z podniesionymi rękami, pozwalał sobie kilkunastoletniemu oberwańcowi i każdemu, kto chciał, obszukiwać kieszenie w środku rozkrzyczanego tłumu. Reszta Niemców uciekła. Nasi nie mieli już czym strzelać.
         Ważnym znamieniem rzeczywistości powstańczej stały się barykady. Wyrastały one szybko na każdym skrzyżowaniu ulic, wzniesione rękami całej społeczności, zbratanej ideą wyzwolenia. Niebawem wyrastać na nich zaczęły kwiaty najwyższego heroizmu.
         Postawa ludności cywilnej w pierwszych dniach powstania godna była podziwu. Dzięki dziwnej, nieprzeczuwalnej zdolności przystosowania, od razu zaaklimatyzowała się ona w surowych warunkach noweogo życia. Spełniała posłusznie polecenia wojska, a ofiarność jej była nadzwyczajna.
         Godziny mijały w oczekiwaniu decydujących wydarzeń. Raz po raz przychodziły wieści o takim czy innym sukcesie powstańców: zniszczonych czołgach, zdobytej broni, jeńcach. Deszcz pada. Liczniejsze już teraz mundury mokły. W naiwnym optymizmie spodziewano się, że skoro tylko niebo wypogodzi się, eskadry bombowców przywiozą powstańcom potężne posiłki w ludziach i broni.
         Pisma podkreślały niezwykłość pierwszych powodzeń powstania, umacniały wiarę w pomyślniejszy jego dalszy przebieg. W ideowych artykułach starały się uświadomić społeczeństwu doniosłość tych chwil, pogłębić atmosferę zapału, podtrzymać ducha ofiary, zespolić ludność cywilną z żołnierzami. Przyjmowano te pouczenia bezkrytycznie — jak ewangelię.
         Mimo że Niemcy zaskoczeni wypadkami wtorkowymi ograniczyli się od razu do akcji obronnej, Miasto podzielone zastało automatycznie, nawet już w tych pierwszych dniach — najlepszych dniach powstania — na szereg dzielnic zamkniętych, a nawet na mnóstwo kompleksów pojedynczych i punktów. Wprawdzie jeszcze we wtorek i w środę ludność polska mogła przechodzić w niektórych punktach z podniesionymi rękami ze strefy opanowanej przez powstańców do strefy niemieckiej — z wyjątkiem mężczyzn, którym groziło rozstrzelanie lub zatrzymanie; można też było przelatywać pod barykadami, ryzykując życie. Rychło jednak nastąpiła całkowita izolacja.
         Wiadomości o innych dzielnicach przenikały skąpo, trzeba się było wnet ograniczyć do oficjalnych prasowych komunikatów, a te stawały się coraz bardziej ogólnikowe i mgliste.
         Z wojskowego punktu widzenia sytuacja w Warszawie w pierwszych dniach przedstawiała się płynnie i niejasno. Żadnych wyraźnych linii, żadnej wybijającej się po naszej stronie koncepcji czy planu. Sukcesy polskie były tylko względne, przycichnięcie Niemców pozorne, rozbicie Miasta na mnóstwo zamkniętych kotłów i punktów taiło w sobie groźne niebezpieczeństwo dla dalszych losów powstania.
         Jedno przeżycie sentymentalne. W czasie dyżuru nocnego do bramy pukanie. Otwieram. Przede mną mały chłopczyk z czerwono-białą rogatywką, w mundurku wojskowym: „Jestem łącznikiem. Przyniosłem meldunek dla porucznika Ryszarda, proszę mnie do niego zaprowadzić”.
         Posłusznie świecąc latarką wiodłem malca po ciemnych schodach.
         Później zniknął, słychać było jakiś czas echo jego energicznych kroków po bruku.
         Scena jak z Warszawianki, z Wyzwolenia.


INFERNO

         Już w piątek, kiedy niebo zaczęło się rozjaśniać, nad miastem zaczęły krążyć samoloty niemieckie i zrzucać bomby. Do systematycznej jednak akcji lotnictwa przyszło w sobotę. Przystąpiły również do ofensywy czołgi.
         Sztandary, którymi ozdobione były placówki powstańców i opanowane przez nich ulice, ułatwiły dowództwu niemieckiemu orientację, co gdzie do kogo należy. Pierwsze bomby padły w te miejsca. Chorągwie zaczęły szybko znikać. Ze ściśniętym sercem przypatrywała się ludność, gdy je zdejmowano z okien i dachów.
         Zaczynało się inferno. Już przyszły pierwsze wieści o tym, jak to Niemcy zapędzają ludność cywilną, nawet kobiety i dzieci, do czołgów i pod tą żywą zasłoną przypuszczają szturm na pozycje polskie.
         W sobotę po południu przybiegło do nas dwoje ludzi w średnim wieku, w stanie najwyższego wyczerpania nerwowego. Opowiadanie ich, przerywane częstym płaczem, mroziło krew w żyłach:
         „Każdą kamienicę na Krakowskim Przedmieściu zaczęli dzisiaj Niemcy po kolei zapalać, rzucając do wnętrza granaty zapalające i butle z benzyną. Ludziom kazali szybko wyjść. Na ulicy były już setki ludzi. Gdy, już wszystkie domy były opróżnione, rozstawili nas dookoła czołgów i ruszyli w stronę Nowego Światu. Wówczas rozegrały się straszne sceny. W przekonaniu, że ostatnia chwila nadchodzi, mąż żegnał żonę, rodzice żegnali się z dziećmi. Wśród głośnego płaczu i jęków Niemcy popychali nas ciągle naprzód kołując rozmaitymi ulicami. Znaleźliśmy się wreszcie w Ogrodzie Saskim. Stamtąd Niemcy wywozili swoich rannych na czołgach. Dookoła padały strzały. W końcu rozpędzili nas, każąc uciekać w kierunku Żelaznej Bramy. Znaleźliśmy się wnet w otoczeniu naszych żołnierzy — wyzwoleni. Byliśmy w każdej chwili zawieszeni między życiem a śmiercią. W tych chwilach naprężenia czy lęku, długich jak wieczność, spalał się jeden rok naszego życia po drugim jak świece. Te zawiniątka to cały nasz majątek. Ale to nic, byle się naszym powiodło”.
         Pytałem się o postawę Niemców. Odpowiedź mężczyzny i kobiety była jedna: „Są całkowicie załamani. Szałem wściekłości chcą pokryć swe rozbicie. Czują całkowitą klęskę. Strasznie się naszych boją. Uzbrojeni po zęby. Zakryci czołgami rozglądają się wciąż dookoła siebie. Niegroźny to już żołnierz”.
         Poczułem z miejsca dużą sympatię do tych ludzi. Ich męstwo, hart ducha i wiara były same w sobie czymś tak cennym, że zasługiwały na lepsze zużycie. Niestety — bezcenne złoża wartości duchowych, jakie posiadała Warszawa, zostały tak lekkomyślnie zmarnowane, tak strasznie przez los zdeptane. Któż nam tę stratę powetuje?
         Może po wielu, wielu latach Warszawa zostanie odbudowana. Ale któż nam odbuduje ducha Warszawy, pięknego, ofiarnego, bohaterskiego ducha ludu polskiego?
         Doprawdy zgoła inne obrazy kojarzyły się nam z myślą o powstaniu stolicy Polski. Obrazy mocy, tryumfu, radości. Tymczasem cóż widzieliśmy pierwszej powstańczej niedzieli, 6 sierpnia? Od samego brzasku szły Lesznem w stronę Starego Miasta nieprzejrzane tłumy ludzi, a za nimi unosiły się gęste kłęby dymu. Wola paliła się; Niemcy zdobywali Wolę i kto mógł, ten uciekał. W panicznym strachu kuśtykali starcy, matki unosiły niemowlęta, biegły małe dzieci, mężczyźni dźwigali toboły, walizy, worki, pchali wózki. Wylała się na ulicę polska nędza. I to kiedy? W ten dzień krwi i chwały. W ten dzień strasznej zemsty na wrogu. W ten dzień, który spełnić miał pragnienie i tęsknoty tysięcy katowanych i ginących polskich bojowników o wolność!
         Historia zapewne nie zna drugiego przykładu tak szatańsko złośliwej ironii.
         Niedziela dnia 6 sierpnia była dniem przełomowym powstania, dniem, od którego zaczęło ono staczać się po równi pochyłej, choć to trwać miało jeszcze tak długo. Historia obnażyła do dna kruchość, zwodniczość, fałszywość koncepcji powstania, jaką wytworzyli sobie jego przywódcy. Był to gmach sztuczny, bańka mydlana, płód lekkomyślności, polskiego ryzykanctwa, polskiego „jakoś to będzie” i bezmyślności.
         Teraz łamy gazet przepełnione były obrazami terroru i okrucieństw niemieckich. Jakże blado w zestawieniu z sugestywną grozą tych opisów wyglądały doniesienia i raporty o poszczególnych tryumfach oręża, a właściwie mówiąc „ducha powstańczego”, choć sam w sobie był on naprawdę niebywały; stawały się one coraz bardziej enigmatyczne i ciemne. Treść depeszy, którą po kilku dniach słał w świat komendant AK, owo rozpaczliwe wołanie o natychmiastowy ratunek — broni nie mamy, Niemcy niszczą, palą, mordują — w zestawieniu z pierwszą wysłaną przezeń w pierwszy dzień powstania: „Dzisiaj o godzinie 17.00 na mój rozkaz w Warszawie powstanie...” itp. — była beznadziejnie deprymująca.
         Żadnymi błyskotkami nie można było już uśpić stugłowej hydry niepokoju, która pożerała serca mieszkańców Warszawy. Stare Miasto było pierwszą dzielnicą Warszawy, która doświadczyła na sobie całej potęgi bynajmniej jeszcze nie skruszonej niemieckiej machiny wojennej, która znosić musiała lawinę jej wściekłych uderzeń, całe furioso jej piekielnej, przerażająco bogatej orkiestry: nieustanne, natrętne buczenie samolotów, gwizd pikujących „Stukasów”, szeroki metaliczny huk dział czołgowych, suchy trzask granatników, organowe podmuchy sześciolufowych miotaczy min, poprzedzone kilkakrotnym skrzypieniem — jakby śmierć z drzeworytów Durera cierpliwie nakręcała swą staroświecką machinę — donośne, ogłuszające salwy pociągu pancernego z Dworca Gdańskiego, huki moździerzy i dział z Pragi, wreszcie staccato ciężkich karabinów maszynowych.
         Każdy dzień w tych warunkach wymagał nieludzkich sił. Zawsze wydawało się, że to już wszystko, co można znieść. Okazywało się jednak, że każdy następny dzień jest gorszy od poprzedniego.
         Nieludzkie siły... Istota ludzka... Czy to byli naprawdę ludzie, którzy wtedy na Starym Mieście znosili tak nieopisane męki? Dzisiaj mam poważne wątpliwości. To nie byli ludzie. To były tylko nędzne, prześladowane stworzenia poruszane tylko instynktami. I może właśnie dlatego, że ci ludzie umieli się tak odmienić, sprymitywnieć, zeskorupieć, zubożyć, spotwornieć, dzisiaj w ogóle żyją. Są ludźmi?...
         W tych strasznych dniach w żołnierzach naszych dokonała się przecież szybka zmiana na lepsze. Z hałastry, z cywilbandy, jaką byli oni w większej części w pierwszym dniu powstania, po kilkunastu dniach stali się normalnymi żołnierzami, nie tylko zewnętrznie, nie tylko dzięki wojskowemu umundurowaniu — przeważnie ochronne koszule niemieckich wojsk pancernych, które umożliwiły zdobyte magazyny — i dzięki bardziej już zdyscyplinowanej postawie, ale również na skutek walorów wewnętrznych, które wytworzyły się w nich pod wpływem bezpośredniego udziału w walkach z wrogiem o tak druzgocącej przewadze materialnej.
         Mowa tu, rzecz jasna, tylko o żołnierzach „liniowych”, żołnierzach biorących udział w akcji, nie tych, którzy zalegali całymi dniami piwnice i partery placówek wojskowych.
         I o oficerach powstańczych trudno wydać sąd jednolity.
         Ci z akcji, z barykad, byli zawsze pierwszorzędni. Były to najpiękniejsze kwiaty polskiego rycerstwa; aż rozpacz bierze, że tak wielu z nich kosiła śmierć. Ci z tyłów, rozmaici oficerowie „aprowizacyjni” (aż dziesięciu ich naliczono w pewnej niedużej jednostce wojskowej) z intendentury, z rozmaitych biur, przeważnie fikcyjnych — to w dużej mierze indywidua bardzo nieciekawe. Wskrzeszali smutnej pamięci typ przedwojennego oficera polskiego, jaki panoszył się po kasynach i salach balowych: arogancki, pyszałkowaty, kłótliwy, niemoralny.
         Spośród wielu utkwił mi w pamięci szczególnie pewien kapitan, lotnik przed wojną. Postać zniewalająca prostotą i uśmiechem — który nie znikał z twarzy nawet w najcięższych chwilach — i czymś, co stanowiło tajemnicę człowieka, a co można by określić słowami Szekspira: „mleko dobroci ludzkiej”.
         Gdy przechodził on, udręczone stworzenia wychodziły z lochów, biegły za nim, zatrzymywały, otaczały kołem, obrzucając wieloma pytaniami: „Gdzie są Niemcy? Jak idzie naszym? Czy był desant? Czy to prawda, że..." itd. Niewiele mógł im odpowiedzieć. Pytania te nawet im samym wydawały się nieważne w zetknięciu z nim. Mówił im tylko o tym, co jego oddział, jego ludzie dzisiaj zrobili. Zawsze miał dobre samopoczucie. Ludzie instynktownie pragnęli choć na chwilę zarazić się stanem jego ducha, wziąć z niego trochę ciepła, które zeń promieniowało. Ocierali się o niego, jak chorzy ocierają się o szaty cudotwórcy. ; ,
         Nie obchodziły go nic troski, które trapiły większość ludzi: „Co będzie jutro?”, „Jak się to skończy?”, „Czy przyjdą bolszewicy?” itp. Jego interesowała tylko chwila bieżąca. Cały się wszczepił w chwilę, która jest właśnie, która mija. Każdy żołnierz w ogniu jest bowiem robotnikiem chwili, jej dzieckiem, jej czcicielem.
         Któregoś dnia kapitan padł ugodzony śmiertelnie pociskiem. Miał rację: tylko chwila jest ważna, tylko przez nią zdobywamy wieczność i Boga.
         Jedną z zasadniczych cech powstania była mała orientacja w całokształcie wydarzeń bieżących wśród żołnierzy, oficerów a nawet w dowództwach poszczególnych jednostek. Niemcom udało się rozbić armię powstańczą na mnóstwo grup pozbawionych ze sobą łączności. Zołnierze i oficerowie poruszali się niejednokrotnie jak automaty, nie rozumiejąc istoty i sensu czynności, które kazano im spełniać. Dowództwo naczelne nie panowało nad całością, podobnie jak w 1939 roku. Odkąd Niemcy przystąpili do generalnego ataku, nadaremnie starało się ono odgadnąć ich plany. Przez pewien czas było przekonane, że Niemcom nie idzie bynajmniej o stłumienie powstania z dwóch sprzecznych powodów: 1) gdyby chcieli, toby to zrobili w ciągu paru dni, 2) za wiele sił ich by to kosztowało. Celem ich jest natomiast tylko zachowanie w swym ręku dwóch głównych arterii: most Poniatowskiego — aleje Jerozolimskie — Towarowa i most Kierbedzia — plac Teatralny--Chłodna — Wolska. Zgodnie z tym można było wtedy zauważyć w akcji AK tendencję do nieprzeszkadzania Niemcom w ich ruchach na tych szlakach dla zaoszczędzenia własnych sił. Rezultat był taki, że armia powstańcza pozbawiona zasadniczej inicjatywy, aktywności, rzadko kiedy odnosiła sukces inny poza obronnymi, traciła coraz więcej na terenie i swobodzie, dławiona stalowym pierścieniem niemieckim.
         Jednocześnie wśród ideowych zwolenników, powstania można się było spotkać z awanturniczym doprawdy poglądem, jakoby geniusz polityczny Fuhrera, kierując się dalekosiężnymi celami, kazał oszczędzać powstańców, pragnąc w Warszawie pozostawić silne ognisko antybolszewickie w postaci AK — zarzewia przyszłego zbrojnego konfliktu mocarstw zachodnich z Rosją. Ale to oszczędzanie AK wyglądało jednak bardzo dziwnie: schwytanych żołnierzy polskich Niemcy rozstrzeliwali bez pardonu, często uprzednio torturowali, a ciała zabitych polewali benzyną i palili.
         Na tak zwanych konferencjach prasowych, urządzanych codziennie przez niektóre dowództwa dla redakcji pism powstańczych, udzielano informacji coraz bardziej jałowych, stereotypowych, często fałszywych i pełnych sprzeczności. Nic dziwnego, że prasa traciła szybko swój początkowy wielki autorytet tak wśród ludności cywilnej, jak i wśród żołnierzy. Artykuły ideowe, przeważnie moralizatorskie, nudziły i irytowały, wiadomości frontowe budziły rozgoryczenie i przygnębienie, często wywoływały szyderstwa i złośliwości.
         Duchowa jedność, jaka istniała między powstańcami a ludnością w pierwszych dniach, teraz zaczęła gwałtownie zanikać. Wytwarzała się między nimi przerażająca przepaść. Rzadko już teraz. słyszeć można było pozytywną ocenę powstania, częste były głośne złorzeczenia i przekleństwa.
         Zaprzepaszczona została sama idea powstania. Zamiast być zrywem całego narodu, czymś pięknym i szlachetnym, powstaniem szerokiego ogółu, wytworzyło ono trujące jady, których działanie długo jeszcze będzie widoczne.
         Wspólne bytowanie wojska z ludnością cywilną w tych strasznych warunkach — a nie było prawie domu, w którym by nie znajdowała się placówka bojowa — wytwarzało wzajemną niechęć. Dochodziło niekiedy do wybuchów nienawiści.
         Co noc prawie wpadali do schronów żołnierze bądź też nasi żandarmi wojskowi, wyciągali cywilów z ich legowisk i pędzili do robót przy naprawianiu barykad, kopaniu rowów, gaszeniu pożarów itp.
         Roboty te były w dużym stopniu niebezpieczne, ponieważ niedbałe i lekkomyślne dowództwa poszczególnych odcinków dostrzegały nie-bezpieczeństwo w swym sektorze dopiero w ostatniej chwili i w ostatniej chwili, często gdy było już za późno, pragnęły jemu zaradzić. W piwnicach rozlegały się płacze i krzyki kobiet, które broniły swych synów lub mężów przed groźbą śmierci. Nic to nie pomagało, mężczyzn brutalnie wyrzucano, a kobietom grożono. Starcy, kalecy, chorzy — ludzie osłabieni brakiem należytego odżywiania i przeżyciami dnia — musieli iść często pod same stanowiska wroga i wśród rozrywających się pocisków i świstu kul spełniać rozkazy wojska, podczas gdy setki żołnierzy bezczynnie czekały na jakieś zatrudnienie. Nie należało do rzadkich wypadków, że z takiej nocnej wyprawy wracała zaledwie połowa mężczyzn. Reszta została raniona lub zginęła. Nic dziwnego więc, że mężczyźni w schronach nocą kryli się i uciekali przed żołnie-rzami, tak się ich bojąc jak do niedawna żandarmów niemieckich i gestapo.
         Do ciągłych awantur i kłótni dochodziło (po zniszczeniu wodociągów) przy pompach, których w obrębie Starego Miasta było tylko kilka, a do tego bardzo kiepskich. Kiedy zaczęło dnieć — bo wtedy było najspokojniej — gromady ludzi wychodziły z wiadrami z piwnic i przebiegając pod barykadami, skacząc po gruzach, mijając szereg ulic stawały przy .pompie. Nim się dostało wodę trzeba było czekać wiele godzin, bo co chwila przychodziło wojsko i wypędziwszy cywilów napełniało własne ogromne kadzie. Cywile, zwłaszcza kobiety, nie ustępowali bez protestu; w rezultacie wyzwiska, klątwy, odgrażanie karabinem, nieraz pobicie były na porządku dziennym. Zdarzało się, że w taki tłum przy pompie padał pocisk, zabijając i raniąc wielu.
         Niejeden wracał po długich godzinach czekania w kolejce i narażania się na śmierć z pustymi naczyniami. A w piwnicy czekała na wodę pełna lęku cała rodzina, dzieci, chorzy. Powstanie miało być emanacją wielkości, siły, poczucia niezależności i samodzielności. Tymczasem stało się największą, jaką można sobie tylko wyobrazić demonstracją niemocy i zależności od drugich. Nastawienie psychiki społeczeństwa i wojska na oczekiwanie pomocy z zewnątrz powodowało w następstwie wielkie spustoszenie. Nie pomagały nawet większe sukcesy lokalne, sama akcja w oczach ogółu i żołnierzy wisiała w próżni, nie podtrzymywana obcymi, silnymi rękami. Nic zaś tak nie druzgocze, nie łamie jak daremne oczekiwanie na rzeczy, od których zależy nasz los, nasza przyszłość.
         Najpierw czekano na zrzuty. Okazały się nikle, rzadkie, wreszcie ustały zupełnie. Później po oświadczeniu ministra Kwapińskigo, spodziewano się pomocy w wielkim stylu od aliantów i prasa podsycała te nadzieje. Lada dzień spodziewano się uderzenia Rosjan na Warszawę i po nocach ludzie wychodzili na gruzy i nadsłuchiwali, czy front się nie zbliża. Dni upływały; sytuacja stawała się coraz bardziej rozpaczliwa, pomoc nie nadchodziła. Wreszcie stało się jasne, że jesteśmy zdani na własne siły.
         Zapanowały posępne nastroje. Kapłani chodzili po schronach, oddawali wiernych w opiekę Maryi Panny, skoro wszystkie moce ziemskie — jak głosili — opuściły nas i udzielali wiernym generalnej absolucji jako wiatyku na dni osamotnienia, grozy i śmierci. Któregoś dnia poruszenie wywołał rozkaz gen. Bora, w którym wzywał on wszystkie oddziały AK z kraju do natychmiastowego przyjścia do Stolicy z odsieczą...
         Społeczeństwo ogarnął nihilizm, a wojsko było o krok od załamania się.
         A potęga wroga szalała. Już nie było domu nie spalonego, nie zburzonego miotaczami min i bombami. Nie było żadnego lochu ani piwnicy bezpiecznej. Wszędzie czyhała śmierć i groźba kalectwa. Ludzie nie mieli już dokąd chronić się. Piwnice-schrony były już przepełnione: w straszliwym zaduchu, ciemnościach tkwiły ponure postacie i konały powoli z braku powietrza. Wielu chroniła się do ocalałych kościołów. Ci ginęli niebawem razem ze zdruzgotanymi figurami apostołów i świętych. Okropny los czekał rannych i chorych. W szpitalach i punktach opatrunkowych operacje odbywały się w warunkach urągających higienie. Nie było nawet noszy. Zdarzało się, że ciężko rannych wleczono w kocach po gruzach i kamieniach i dostarczano ich lekarzom w rozpacz budzącym stanie. Szpitale były ciągle bombardowane. Na ich dziedzińcu leżały trupy, które trudno było, wskutek ciągłego ostrzału, pochować. A zresztą brakło już miejsca. Trupy leżały na ulicach, podwórzach, placach, pod gruzami i na gruzach. W niektórych miejscach leżały jeszcze trupy z pierwszego sierpnia: twarze ich ciemne były jak brąz od płonących kamienic.
         Wody brakło. Bywało, że żołnierze wróciwszy z barykad, z akcji — zlani potem —błagali ludzi o szklankę wody i nie mogli jej dostać, gdyż nikt jej w tej chwili nie miał. Szerzyła się dyzenteria. Nie było już nikogo, kto by był całkowicie zdrowy.
         Gehenna? Nie — to za słabe słowa!
         A na świecie świeciło pięknie sierpniowe słońce, obojętne na śmierć, nędzę, ruiny i niewypowiedziane męki Warszawy.
         Pod koniec sierpnia było już wiadomo, że godziny Starego Miasta, warszawskiego Alkazaru, są policzone. Większość barykad, ryglujących wejścia do dzielnicy, zdobyta została przez Niemców: Ratusz, pałac Radziwiłła przy Bielańskiej, gmach Arsenału przy Nalewkach również. Gmach Simonsa, największa warownia rejonu, leżał w gruzach. Nie było już się czego trzymać. Zbliżała się zagłada. Panika ogarnęła ludność i wojsko.
         Potwornie lękano się Niemców — zupełnie jak we wrześniu 1939 r. Ludzie umierali na samą myśl dostania się w ręce niemieckie. Z gazet dowiadywano się o okrucieństwach niemieckich. Nie zniknęła jeszcze groza podstępu niemieckiego, owego czołgu, który wybuchając na rogu Kilińskiego i Podwala rozszarpał około 300 ludzi. Uciec nigdzie nie było można: od Pragi, zajętej zresztą przez Niemców, oddzielała Wisła, nocą oświetlona reflektorami, nad kanałami prowadzącymi do Żoliborza panowali Niemcy. Można było się przeprawić kanałem do Śródmieścia, ale ta droga dostępna była tylko dla wojska.
         Którejś nocy wojsko próbowało z pasażu Simonsa utorować sobie drogę poprzez linie niemieckie do śródmieścia. Wyprawa się nie udała. Nad ranem powracał posępny orszak, dźwigając rannych. Pozostały tylko kanały. Już w czwartek zaczęły się ewakuować tamtędy większe grupy wojska. Miały pozostać tylko oddziały zabezpieczające. U wylotu kanałów zbierały się gromady cywilów, chcących ratować się przed Niemcami: co chwila odpędzano ich.
         W piątek nie ukazały się gazety. Redaktorzy, którzy jeszcze wczoraj gromili ludność cywilną za jej słabą postawę, uciekali kanałami do Śródmieścia. Trzoda pozostała bez pasterzy, skazana na pożarcie przez wilki. Ostatnia wyprawa skończyła się tragicznie. Większość jej uczestników nie ujrzała już światła dziennego. Niemcy zalali kanały wodą, benzyną, miejscami je minując i obrzucając granatami.
         Przez opuszczone barykady wchodzili w sobotę żołnierze niemieccy, wzywając ludność do opuszczenia piwnic. Tysiączne tłumy odprowadzano do punktów zbornych. Gdzieniegdzie jeszcze odzywały się pojedyncze strzały. To broniły się resztki powstańców. Tak się zakończył krwawy, upiorny trzydziestotrzydniowy epos Alkazaru Warszawy.


TRAGEDIA BEZ KOŃCA

         I rozpoczęła się nowa golgota ludu polskiego. Nieludzko wyczerpani, nieprzytomni od świeżego rannego powietrza, którym teraz oddychać mogli do woli, zastraszeni, ograbiani po drodze, nierzadko gwałceni, wlekli się po drodze pod eskortą żołnierzy niemieckich, żandarmów i SS-manów, niepewni najbliższej godziny.
         W kościele na Woli nastąpiło pierwsze silniejsze uderzenie rzeczywistości niemieckiej w tych nieszczęśników: rozdzielenie mężczyzn od kobiet i dzieci.
         Później Pruszków, dni głodu, poniewierki, zawszenia. Wreszcie transporty do Niemiec, do różnych obozów koncentracyjnych lub w szczęśliwym wypadku do jakiegoś miejsca w Guberni. Dzieci pozbawione rodziców, żona bez męża, starzec bez rodziny, wszyscy rozproszeni po świecie, daremnie czekający znaku życia od najdroższych osób, nękani niedostatkiem, głodem, chłodem, wywózką, rozbici, zniszczeni: to golgota ich dnia dzisiejszego. Golgota, która jeszcze trwa.
         Tragedia Warszawy nie ma jeszcze końca.
         Jej koniec napisze dopiero Historia.



Opracował, wstępem, przypisami i aneksami opatrzył
EDWARD SERWAŃSKI

INSTYTUT WYDAWNICZY • PAX • 1965





powrót do strony tytułowejpowrót do strony tytułowej