Stronę odwiedzono do tej pory: 433667 razy środa 17 września 2014 r. imieniny : Franciszka Roberta Justyna 

normalna czcionkanormalna czcionka



Stanisław Mazurkiewicz syn "Radoslawa":
Płk JAN MAZURKIEWICZ -"Radosław" (Warszawa 1998)


ZGRUPOWANIE "RADOSŁAW"
WOLA - STARE MIASTO



        O tym jak rozwijały się wydarzenia w Zgrupowaniu "Radosław" mówi jego dowódca:

W związku z zainstalowaniem m.p. Dowództwa AK i Delegatury Rządu na Woli, dowódca Kedywu. ppłk Jan Mazurkiewicz-"Radosław" otrzymał od dowódcy Okręgu Warszawskiego, plk. "Montera" zadanie:

         a) osłonić Komendę Główną AK i Delegata Rządu.
         b) być W dyspozycji dowódcy AK


         Właściwe czynności w nowym terenie związane z otrzymanym zadaniem rozpoczęły się już 27 lipca. W godzinach rannych dowódca Zgrupowania wraz ze swym szefem sztabu mjr. Wacławem Janaszkiem, ps. "Bolek' przeprowadził rozpoznanie terenowe z uwzględnieniem w pierwszej kolejności rejonu fabryki Kamlera przy ul. Dzielnej 72. W tej fabryce miało być m.p. Dowódcy AK i Delegata Rządu. Miejsce to z punktu widzeniu obronności wybrane było nieszczególnie. Fabryka przylegała do budynków Monopolu Tytoniowego, mając za północną ściany fabryki teren "Gęsiówki" obsadzony przez Niemców pilnujących znajdującego się tam obozu roboczego liczącego kilkaset Żydów, specjalistów różnych działów pracy; pochodzących tak z terenu Polski, jak i z kilku innych krajów europejskich. Nieco dalej w kierunku wschodnim mieścił się słynny "Pawiak", silnie umocniona grupa budynków więziennych. Monopol Tytoniowy ochraniały dwa betonowe bunkry wyposażone cekaemy, z polem ostrzału wzdłuż ulicy Dzielnej i Pawiej; z kierunku wschód - zachód od Okopowej. Ogień cekaemów skutecznie zamykał dojście do fabryki Kamlera. Względnie spokojna była blisko położona ulica Okopowa wraz z linią cmentarzy, lecz tuż za nią rozciągała się przestrzeń właściwej Woli nasyconej licznymi oddziałami niemieckimi stałego garnizonu oraz wieloma jednostkami wojsk przerzucanych trasą Wola - most Kierbedzia na wschodni brzeg Wisły celem wzmocnienia tworzonego tam przedmościa, czy też gromadzącej się siły uderzeniowej dla działań zaczepnych.
         Dokładne rozpoznanie terenu przeprowadzili oficerowie sztabu Zgrupowania "Radosław" oraz dowódcy poszczególnych oddziałów wchodzących w jego skład. Ppłk "Radosław", poza wspomnianym spotkaniem z płk. "Monterem" w dniu 27 lipca 1944 r., na którym niewiele się dowiedział, próbował jeszcze skontaktować się z dowódcą Śródmieścia, płk. Radwanem i oficerem łączności III obwodu. Nie udało mu się porozumieć z dowódcą II obwodu, płk "Żywicielem" (Mieczysławem Niedzielskim) na Żoliborzu. Problemy związane z bezpośrednią obroną m.p. Komendy Gł. w fabryce Kamlera omawiał szef sztabu Zgrupowania, mjr "Bolek". Początkowo istniał plan zaatakowania z rejonu fabryki sąsiadującego z nią budynku Monopolu przez wyłom w murze zrobiony przez drużynę saperów, ale nie wyraził na to zgody gen. "Grzegorz" dlatego szturm miał nastąpić od ulicy Dzielnej. To zadanie przypadło "Miotle".
         Osią, wokół której koncentrowały się pozostałe oddziały Zgrupowania była ulica Okopowa biegnąca z południa na północ wzdłuż linii cmentarzy. M.p dowództwa Zgrupowania wybrane zostało przy Okopowej 41 (róg Mireckiego). po uprzednim rozpoznaniu przeprowadzonym przez kpt. Horodyńskiego, szefa łączności. Wybór m.p. Komendy Gł. w fabryce Kamlera z góry przesądzał o sposobie rozwiązania otrzymanego zadania osłony sztabu. Należało w pierwszej kolejności odblokować jego siedzibę, aby umożliwić swobodny dostęp, do budynków fabryki. Dużym utrudnieniem był fakt, że rozciągający się murem, na wschód od Monopolu teren zburzonego getta był praktycznie nierozpoznany; dlatego trzeba było się ubezpieczyć z tamtego kierunku. Szczególnie silnym zagrożeniem dla załogi fabryki Kamlera była "Gęsiówka", gdzie stwierdzono obecność kompanii SS mającej stałą łączność z Pawiakiem, jako zapleczem' skąd mogli oczekiwać dodatkowego wsparcia kompanii Ukraińców i drobnych elementów żandarmerii, w sumie około 300 dobrze uzbrojonych ludzi. Plan nie przewidywał uderzenia na obóz w pierwszej fazie walki, co można uznać za decyzję nietypową jak na warunki powstańcze. Zamiast tego dostrzec można zamiar zneutralizowania tego silnie bronionego obiektu przez obsadzenie dużego gmachu szkoły przy ul. św. Kingi, w którym znajdowała się dość liczna obsada niemiecka. Drugim ważnym punktem była fabryka Pfeiffcra przy Okopowej na wprost cmentarza żydowskiego, pomiędzy ulicami Glinianą i Niską. Zadanie to powierzono pułkowi "Broda 53", największej jednostce wchodzącej w skład Zgrupowania "Radosław". Pozostałe oddziały, jak batalion "Parasol", "Czata 49" osłaniały rejon koncentracji z kierunku południowo-wschodniego.
         Jak widać, zamierzone działania różnią się w zasadniczy sposób od metod "ognisk walki" z takim uporem realizowanej w innych dzielnicach. Dowódca Zgrupowania nic stara się uderzać na wszystkie obiekty jednocześnie, przeciwnie - skupia wysiłek na słabiej bronionych lub zajmuje nie obsadzone przez Niemców, dysponując stale silnym odwodem, który wykorzysta po dokładnym rozpoznaniu walką. Nie planuje się nigdzie szalonych szturmów, nic ma przeskakiwania otwartych przestrzeni pod ogniem karabinów maszynowych, nie wydaje się kategorycznych rozkazów zdobywania "za wszelką cenę", a przecież plan wyjściowy mógł być dużo ambitniejszy. Nie tylko atak na "Gęsiówkę" wchodził w rachubę, można było jeszcze próbować uderzenia na kompleks budynków Pawiaka, czy wyjść poza linię cmentarzy na obwodnicę kolejową. Da się to częściowo wytłumaczyć ograniczeniami wynikającymi z zadania osłony Komendy Gł. i Delegata Rządu, ale jak świadczą wydarzenia w innych rejonach miasta, większość dowódców wybierała rozwiązania ryzykowne, zgodnie z wpajaną latami doktryną powstania powszechnego, która wymagała działania z zaskoczenia i "impetu". Na szczęście ppłk. "Radosławowi" pozostawiono pełną swobodę opracowania własnego planu i nikt mu niczego nie narzucał, chociaż:

         Otrzymane przez dowódcę Zgrupowania zadanie bojowe stawiało go w dość skomplikowanej zależności służbowej, tak wobec dowódcy Powstania, płk. "Montera", jak i dowódcy AK, gen. "Bora". W praktyce okazało się bardzo niekorzystne dla Zgrupowania. gdyż płk "Monter" nie mogąc w pełnym wymiarze dysponować jedną z najlepszych jednostek bojowych, pozostawił ją w toku walki własnemu losowi, jakkolwiek rozwój wypadków w ciągu pierwszych czterech dni wskazywał, że ciężar walki na Woli spadnie na barki tego Zgrupowania. (pplk "Radosław")

         Decyzja rozpoczęcia działań powstańczych zapadła w godzinach wieczornych 31 lipca 1944 r. Dostarczenie rozkazu oddziałom AK okazało się niemożliwe w tym samym dniu ze względu na obowiązującą godzinę policyjną. Do Kedywu rozkaz dotarł o godz. 8.00 rano następnego dnia. Rozpoczęła się gorączkowa działalność. Zasadnicza odprawa odbyła się w mieszkaniu dr. "Skiby" (Cypriana Sadowskiego) przy ul. Kruczej o godz. 12.00. Na odprawie dowódca Zgrupowania przekazał dowódcom oddziałów bojowych zadania zgodnie z poprzednim rozpoznaniem terenowym.
         Według relacji p. Wandy Bednarskiej, tego dnia, jak zwykle, w lokalu przy ul. Żurawiej 40 m. 42 przebywał płk "Nil" (Emil Fieldort). Czytał serwis informacyjny i czekał na "Radosława". Ten wbiegł jakby spóźniony. "Kiedy śpiewacie "Jeszcze Polska nic zginęła"? - zapytał go płk "Nil". Dziś o godzinie 17-ej - odpowiedział "Radosław", a do p. Wandy: "Daj mi mundur"! Na dwa tygodnie przed powstaniem przyniósł kurtkę mundurową z prośbą o naszycie odznak podpułkownika i guzików. Pracę wykonała hafciarnia przy ul. Koszykowej, ale guziki były kolejarskie, tyle że z orzełkami. Aby dostarczyć gotowy mundur, umówiła się na spotkanie na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej Właśnie na to spotkanie przyniosła hełm po poległym w 1039 r. bracie Tadeuszu. Towarzyszył jej ojciec, który nie nic wiedział o Powstaniu i zapewne chciał się czegoś dowiedzieć od "Radosława", ale ten się bardzo śpieszył. Mogło to być między 14.00 a 15.00. Na pożegnanie Józef Bednarski wręczył mu swój służbowy pistolet.
         M.p. dowódcy Zgrupowania znajdowało się przy Okopowej 41, gdzie o godz. 15.30 zajął stanowisko oddział osłonowy pod dowództwem por. "Tatara. (Franciszka Jureckiego). Ryła to drużyna "Szerszeni" (1+12) uzbrojona w pis- tolety maszynowe i granaty. Ogółem w składzie dowództwa było: 10 oficerów, 3 podchorążych, 17 szeregowców i 18 kobiet. Jedną z pierwszych czynności dowódcy Zgrupowania, po sprawdzeniu przebiegu zajmowania stanowisk w rejonie koncentracji przez "Brodę 53", była wizyta w Komendzie GŁ.

         O godzinie 16.15 dowódca Zgrupowania kontrolując zajmowanie podstawy wyjściowych przez oddziały udał się do .fabryki Kamlera, m.p.. dowództwa AK, Delegata Rządu. Ku swojemu zdumieniu zastał wejście do fabryki otwarte i nie bronione bezpośredni, w oknach brak posterunków obserwacyjnych na ulicę Dzielną i bunkry niemieckie broniące Monopolu. Po krótkiej rozmowie Z szefem sztabu, gen. "Grzegorzem", opuścił fabrykę, bramę zamknięto. Zaledwie uszedł kilkadziesiąt kroków w kierunku ulicy Okopowej podjechało pod bramę fabryki niemieckie auto ciężarowe i zaczęto się dobijać bramy. Była godz. 16.30 W tym momencie z okna pierwszego piętra posterunek ubezpieczający cisnęli kilka granatów ręcznych w ciężarówkę. Została rozbita, dwóch rannych Niemców osłoniły ogniem niemieckie bunkry z Monopolu i ranni doczołgali się w bezpieczne miejsce. Ten wypadek spowodował alarm wśród najbliższych ośrodków niemieckich i z rejonu "Gęsiówki" wyruszyło natarcie kilkudziesięciu Niemców. Dowódca Zgrupowania zaalarmował koncentrujący się przy ul. Mireckiego batalion "Zośka", nakazując wykonać odciążające uderzenie boczne na nacierających z "Gęsiówki" Niemców. Niespodziewane uderzenie odniosło skutek. Niemcy się wycofali na "Gęsiówkę' Dalsza koncentracja miału już przebieg spokojniejszy. Dochodziła już właściwa dla wszystkich oddziałów. godzina "W" (17.00). W drobnych starciach na ul. Okopowej zdobyto kilka samochodów osobowych, zabijając w walce obsługę, lub biorąc do niewoli. Ta rozległa strzelanina ściągnęła na Plac Karcelego pogotowie niemieckie, które rozpoczęło gęsty ogień wzdłuż Okopowej z południa i na północ, jednak śpieszące na koncentrację oddziały Kedywu rozbiły to pogotowie, biorąc jeńców i zdobywając trochę sprzętu samochodowego (ppłk . "Radosław").

Obrona fabryki Kamlera

        Sprawy widziane z pozycji obrońców wyglądały nieco inaczej. Jest tyle wersji, ile świadków, ale najciekawsza wydaje się relacja pik. "Filipa", nie pozbawiona subiektywnych ocen i zaskakujących stwierdzeń. Płk Szostak ("Filip") zaczyna od podstawowej nieścisłości twierdząc, że ppłk "Radosław" zjawił się w fabryce krótko przed godz. 15.00, co jest rzeczą zupełnie niemożliwą. Świadczą o tym wszystkie inne świadectwa, ale przesunięcie czasu o jedną godzinę do tyłu było mu potrzebne, aby usprawiedliwić bałagan panujący w fabryce. Można przypuszczać, że odpowiadał za sprawy porządkowe i poczuł się urażony krytycznym komentarzem ppłk. "Radosława". Bramę, jak wiemy, szef Kedywu zastał otwartą, bez żadnych posterunków, chociaż Niemcy mogli się pojawić w każdej chwili, ponieważ mieli tam magazyn mundurowy. Prawdopodobnie oficerowie sztabu byli przekonani, że dokoła znajdują się silne własne oddziały. Dziwne, że nikomu nie przyszło na myśl wyjść i sprawdzić, czy tak jest w istocie. Płk "Filip" doszedł po wojnie do wniosku, że nic by się nie stało, gdyby ppłk "Radosław" nie interweniował w sprawie środków ostrożności. Niemcy by wjechali, zabrali wyprane mundury i odjechali bez potrzeby wszczynania alarmu. Typowe rady po czasie. Ciekawe, co by się stało, gdyby zamiast pojedynczego samochodu przez otwartą bramę wszedł nierniecki patrol i zażądał od zebranych okazania dokumentów?
         Nie tłumaczy to zachowania się posterunku rzucającego niepotrzebnie granatami w samochód. Można było bramę na ten czas otworzyć i Niemców ( dwóch)spokojnie rozbroić zdobywając przy okazji nieuszkodzony samochód. Wszystko to mógł przewidzieć dowodzący osłoną por. Jerzy Kamler, któremu należało pozostawić swobodę działania bez angażowania najwyższych autorytetów sztabowych. Inicjatywę od początku przejął płk "Filip" i pokierował skuteczną obroną. Wprawdzie jego opis jest sprzeczny z relacją gen. "Bora" zamieszczoną w książce "Armia Podziemia" (s. 236), gdzie incydent urasta do poważnej akcji wojennej, kierowanej notabene przez dowódca AK osobiście. Trzeba przyjąć zatem, że płk "Filip" był jednym z filarów obrony, ale nie jedynym. Pewne wątpliwości budzi bardzo plastycznie przedstawiony obraz zachowań członków sztabu, którzy zdaniem płk. "Filipa" nie wykazali dostatecznej odporności psychicznej. Po pierwszych strzałach gen. "Grzegorz" miał czynić wymówki szefowi operacji za to, ze "tak ślicznie" wybrał miejsce dla Komendy Gł. i Delegata Rządu. Wszyscy przełożeni potracili głowy i oganiał ich czarny pesymizm. Na szczęście nie odnosiło się to do płk."Filipa'', zorganizował obronę i podnosił na duchu utoczenie. Jeśli wierzyć temu świadectwu, załoga oblężonej fabryki Kamlera samodzielnie i bez pomocy z zewnątrz odparła wszystkie szturmy. Dopiero gdy się ściemniło pplk "Radosław" nadesłał meldunek, że opanował ulice Okopową i zamierza nad ranem wyrzucić Niemców z Monopolu Tytoniowego, co było dla płk. 'Filipa" absolutnie nie do przyjęcia. Wystałem mu rozkaz opanowania Monopolu w ciągu nocy. Rozkaz został wykonany (J. Szostak: "Moja służba Niepodległej", s. 47)
         Nie jest to całkiem ścisłe, bo ppłk "Radosław" nie otrzymał w tej sprawie żadnego kategorycznego rozkazu, a już z pewnością nie od płk. "Filipa" Nie zamierzał oczywiście pozostawić oblężonych w fabryce bez pomocy. Osłona Komendy Gł. i Delegata Rządu była podstawowym zadaniem Zgrupowania "Radosław" na Woli. Kontrolował w zupełności sytuację wokół fabryki i przy- gotowywał szturm na budynek Monopolu. Wszystko więc wyglądało dużo mniej dramatycznie, inaczej widziane od strony oddziałów Zgrupowania.
         Próba zaatakowania fabryki Kamieni przez niemiecką obsadę "Gęsiówki." została udaremniona przez część batalionu "Zośka", natomiast do broniących. się dotarła przejściami przez dachy domów, szef łączności bojowej, Maria Zienkiewicz, ps."Irma", która odniosła wrażenie, że obroną kieruje gen. "Grzegorz" i nie wydał jej się ani załamany, ani przestraszony, żadnego rozkazu nie odbierała, a tylko zawiadomiła o szykującej się akcji odbicia. Rzeczywiście, o godz_ 2.10 w dniu 2 sierpnia m.p. Komendy Głównej AK zostało odblokowane. Wkrótce zjawił się ppłk "Radosław' ubrany w niemiecką płachtę namiotową (padał deszcz) i nie w "nieniemieckim hełmie", jak to zrelacjonował płk "Filip" w swoich wspomnieniach. Hełm był oczywiście polski, ale szefowi operacji chodziło o drobny przytyk, bo dowódca Zgrupowania nie jemu, ale generałowi "Borowi" się zameldował. W rozmowie brał udział gen. "Grzegorz", nie wykluczone więc, że i płk "Filip" był przy rym obecny, chociaż szczegół ten nie utkwił w pamięci ppłk. "Radosława". Mimo uwolnienia sztabu od bezpośredniego zagrożenia, nastrój w dowództwie. AK, jeśli wierzyć płk. "Filipowi", nie był dobry:

         Grzegorz oceniał położenie bardzo pesymistycznie. Uważał, że ponieważ uderzenie przez zaskoczenie nie udało się, więc wszystko stracone. Bór za chowywał się biernie i nie wyrażał swojej opinii. Ja jako trzecia osoba w dowództwie wcale nie upadałem na duchu i czułem się mocno.. Grzegorz zwrócił. się do mnie z twierdzeniem, że wszystko przepadło i powiedział dosłownie: . Niedługo przyjdzie gestapo aresztować nas. Mnie to powiedzenie raczej rozzłościło i odpowiedziałem, że póki mam broń, ta aresztowania się nie obawiam. Lecz Grzegorz trwał w swoim pesymiżmie. Wydał rozkaz, abym zwołał pojedynczo wszystkie kobiety i zwolnił je, aby poszły do domów gdyż w wypadku chęci aresztowania nas, będziemy się bronili, ale kobiet nie chcemy narażać na beznadziejna walkę. (3. Szostak: "Moja służba Niepodległej", s. 47.)

         Przedstawiony precz płk. Szostaka ponury obraz nastrojów w Komendzie Gł nie odpowiada innym świadectwom wskazującym na dość optymistyczną sytuację jaka się wytworzyła na Woli 2 sierpnia 1944 r. Nie test wykluczone., że "trzeciemu w dowództwie" pomieszały się dni i wydarzenia póznejsze, te z 5 i 6 sierpnia. W swoich wspomnieniach płk "Filip" bardzo negatywnie ocenił wielu spośród oficerów dowództwa AK, nie cofając się przed oskarżaniem niektórych o tchórzostwo. Najwięcej złych ocen otrzymają "dwie pierwsze osoby w dowództwie", zwłaszcza gen. "Bór" zasłużył na szczególnie mocne potępienie przy omawianiu jego książki "Armia Podziemia". którą płk Szostak tak określa:

         Książka Pyszałka, który w bezpiecznym miejscu zapomniał o swej słabości ducha i nieporadności, wypływającej z jego charakteru i zbyt małej wiedzy. (tamże, s. 49)

         W innym miejscu chwaląc ppłk. dypl. Karola Ziemskiego, ps. "Wachnowski", nie zapomina wtrącić złośliwie, że "Grzegorz' był do "Wachnowskiego" uprzedzony., była więc sposobność przypięcia łatki "drugi- emu w dowództwie". Z dalszych wynurzeń wynika, że dowódca Grupy "Północ" dlatego zasłużył na wysoką ocenę, bo we wszystkim radził się płk 'Filipa", stąd tak wspaniałe rezultaty dowodzenia ich obu. Czy można jednak wskazać na jakieś konkretne zasługi odpowiadające temu niezwykle wysokiemu mniemaniu o sobie w okresie pobytu na Woli? Otóż, jeśli pominąć epizod z obroną fabryki Kamlera, za wybitną działalność płk. "Filipa" przyjdzie uznać redagowanie meldunków sytuacyjnych wysyłanych drogą radiową do Londynu. Sprawę meldunków przedstawił współpracownik szefa operacji, ppłk dypl. Felicjan Majorkiewicz w swojej książce "Dane nam było przeżyć" (IW PAX), Warszawa 1972):

         Meldunki sytuacyjne dowódcy Armii Krajowej, gen Bora-Komorowskiego były codziennie redagowane w Oddziale 111 Sztabu Dowództwa AK. z tym że w pierwszych dniach walki - bezpośrednio przez szefa Oddziału III, płk. dypl. Józefa Szostaka (ps. 'Filip', a następnie - od 5 sierpnia 1944 aż do końca powstania - przez oficera operacyjnego Oddziału 111 Sztabu, ppłka dypl. Felicjana Majorkiewicza (s. 181).

         Pierwszy meldunek wysłano 13 i pół godziny od wybuchu Powstania powodu trudności z uruchomieniem radiostacji, jego autorem był niewątpliwie płk "Filip", jak sam to określa:

         Około południa 1 sierpnia zredagowałem pierwszy meldunek do Londynu o powstaniu. Poszedłem do Bora, aby go podpisał. Bór nie czytając, wyjął ołówek i próbował robić poprawki. Tego nic wytrzymałem. Zabrałem meldunek i oświadczyłem, z jeśli treść meldunku panu generałowi nie opowiada, proszę o wskazówki co sobie życzy abym dodał, ale poprawiać poszczególne wyrazy bez zmiany treści, me pozwolę, bo to jest mój obowiązek jako szefa Oddziału III, redagowania meldunków i rozkazów Jeśli, jaku starszy operator tego nie umiem to należy mnie zmienić;, ale nikt za mnie, póki jestem na stanowisku robić tego nie będzie. (J. Szostak: "Moja służba Niepodległej", s. 47,4S)
Nic wiemy, co by się stało i czy nie lepiej by było dla losów Powstania, gdyby stateczny i nazbyt kulturalny gen. Bór skorzystał ze swoich prerogatyw zwalniając płk. "Filipa" z funkcji. Nie jest tez pewne, czy scena ta nie została wymyślona, co wydaje sic wysoce prawdopodobne: Warto przyjrzeć się meldunkom sytuacyjnym autorstwa szefa operacji. A więc już u godz. 7.00 dowództwo AK zażądało "spowodowania pomocy sowieckiej przez natychmiastowe uderzenie z zewnątrz". Nieco pózniej, bo u godz. 10.10 płk "Filip" poprosił o zrzuty amunicji i broni ppanc. na Cmentarz żydowski i plac Napoleona. Natomiast: "Brygadę Spadochronową dajcie w rejon Woli".


         Meldunki z 2 sierpnia można uznać za względnie wyważone, chociaż świadczą o wielkiej nerwowości i bałaganie myślowym, czyli cechach przypisywanych przez płk."Filipa" innym. Kompromitująco brzmi żądanie zrzucenia brygady spadochronowej - ot tak - w rejon Woli! Czyżby szef operacji nie zdążył zapoznać się z korespondencją w tej sprawie wymienioną z Centralą w okresie poprzedzającym powstanie"! A błaganie o pomoc sowiecką? Dożo gorzej wypada ocena meldunku wysłanego następnego dnia, zawierającego zaskakujące stwierdzenia, które wywołały w Londynie poważne zamieszanie.

         Początek walki byt dość krytyczny gdy walczono o utrzymanie inicjatywy działania. Obecnie inicjatywa znajduje się w naszych rękach. co wyraża się w ciągłym rozszerzaniu stanu posiadania. (...) Skutecznie walczymy z ciężkimi czołgami których kilkanaście zniszczyliśmy lub uszkodziliśmy. Te ostatnie są wykorzystywane w przeprowadzaniu działań własnych. Sytuacja dotąd nie jest dla nas trudna, mimo że natarcie niemieckie wsparte jest bronią pancerną i działami przeciwlotniczymi.

         Pomijając wrażenie jakie ten niezwykle optymistyczny meldunek wywalał w Londynie, gdyż sugerował odniesienie wyjątkowych sukcesów w walce z bronią pancerną (w rzeczywistości chodziło tylko o 2 czołgi opanowane szczęśliwym przypadkiem na Woli rano 2 sierpnia), nie wydaje się, żeby akcja meldunkowa płk. "Filipa" miała poważniejszy wpływ na przebieg walk Zgrupowania 'Radosław" w rejonie cmentarzy wolskich. Nie nadleciała brygada spadochronowa, bo nigdy nie byle to możliwe. Armia Czerwona nie zamierzała uderzać z zewnątrz, a jedyny zrzut nastąpił wprawdzie, ale dopiero 5 sierpnia o godz. 01.15. Nie jest nawet pewne, czy była to odpowiedź na wezwania Komendy Gł. AK.
         Cofnijmy się jednak do wydarzeń z pierwszego dnia Powstania na Woli. Olbrzymia większość relacji potwierdza, że mobilizacja oddziałów Zgrupowania "Radosław" uległa poważnemu zakłóceniu. Nie wszyscy zostali na czas powiadomieni, odwołanie wcześniejszego pogotowia osłabiło czujność, wreszcie rozpoczęcie walk na Żoliborzu juz u 14.00 i środki ostrożności podjęte przez władze okupacyjne do reszty skomplikowały koncentrację oddziałów w nakazanych rejonach. Przytaczane O.de B. Zgrupowania zupełnie nic pokrywa się z faktycznym. W publikacjach przyjmuje się, że Kedyw liczył 2500 ludzi, ale może się to odnosić co najwyżej do stanu ewidencyjnego, łącznie ze służbami pomocniczym. Faktyczny stan Zgrupowania "Radosław' wynosił ok. 1600 ludzi. Uzbrojenie w dniu 1 sierpnia przedstawiało się następująco:

         rkm i lkrn - 4 sztuk
         pistolety maszynowe- 200 sztuk
         karabiny zwykłe - 100 sztuk
         pistolety - 300 sztuk
         granaty ręczne - 1500 sztuk
         butelki zapalające - 1000 sztuk.
         oraz 4 miny., pewna liczba granatów ppanc. i niewielkie ilości materiałów wybuchowych.

(Dane te zostały zebrane przez płk "Radosława" w oparciu materiały opracowane przez środowiska oddziałowe w latach siedemdziesiątych).

         Na skutek zakłócenia mobilizacji i koncentracji faktyczny stan bojowy i uzbrojenia uległ dalszemu ograniczeniu. Stawiennictwo obliczane na 40% też wydaje się zawyżone. Prawdopodobnie w godzinie "W" w rejonie koncentracji znajdowało się 600-700 ludzi, jednak walki rozpoczęły się w rzeczywistości już o godz. 16.20, kiedy było ich jeszcze mniej. Z batalionu 'Miotła" mającego uderzyć na Monopol Tytoniowy zebrało się witym czasie zaledwie 80 ludzi. Nie lepiej było w innych miejscach. Wielu nie dotarło w ogóle do swoich oddziałów, z kolei dołączali miejscowi ochotnicy. Nastąpiło duże wymieszanie, oddziały Kedywu utraciły w znacznym stopniu swój poprzedni charakter formacji kadrowych.
         Na ogól w publikacjach występuje tendencja do podkreślania względnie wysokiego stanu uzbrojenia i poziomu wyszkolenia oddziałów Kedywu w porównaniu z sytuacją jaka panowała pod tym względem w innych jednostkach Armii Krajowej. Nie wydaje się to całkiem słuszne. Można wskazać oddziały lepiej uzbrojone, jak np batalion Saperów Praskich czy partyzanci w Puszczy Kampinoskiej. Zwraca uwagę całkowity brak ciężkich karabinów maszynowych, nic mówiąc już o innych środkach wałki, co wykluczało atakowanie umocnionych obiektów w mieście. Poziom wyszkolenia praktycznie też był daleki od wymaganego w nowoczesnej wojnie, nawet jeśli część żołnierzy ukończyła kursy podchorążych czy podoficerskie. W warunkach konspiracji nie mogły one stać na wysokim poziomie. Znajomość broni i umiejętności strzeleckie wyraźnie szwankowały. Olbrzymia większość żołnierzy nie była ostrzelana w akcjach dywersyjnych i nie miała doświadczenia frontowego, bez czego trudno o dobre rezultaty w pierwszej bitwie, które musiała być wielkim sprawdzianem także dla kadry oficerskiej. Nasuwa się zatem wniosek, że Kedyw jako formacja bojowa, nie reprezentował jakiejś szczególnej siły, zdolnej przeciwstawić się regularnym oddziałom niemieckim wspartym artyleria, czołgami i lotnictwem.
         Walki Zgrupowania "Radosław" na Woli mogły zatem przebiegać podobnie jak w innych dzielnicach i również zakończyć się niepowodzeniem, gdyby nic zadecydowały odmienne nieco warunki, działające na korzyść strony polskiej. Przede wszystkim dowódcy Zgrupowania pozostawiono swobodę decyzji w sprawach taktycznych. Komenda postawiła mu jedynie zadanie osłony jej m.p. nie wchodząc w szczegóły. Również formalny dowódca Powstania, płk. "Monter", nie przejawiał zainteresowania jednostką, która mu bezpośrednio nie podlegała. Pozwoliło to ppłk. "Radosławowi" opracować własny plan. Dowódca Kedywu świadomie ograniczył cele do zaatakowania w planie wyjściowym, co do pewnego stopnia wynikało z konieczności liczenia się z interwencją elementów dywizji pancernych przerzucanych na prawy brzeg Wisły, które zatrzymywały się na postój w rejonie Woli. Już w takcie rozmowy z płk "Monterem" 27 lipca 1944 r. ppłk "Radosław' odniósł wrażenie, że dowodzący Powstaniem nie planuje żadnego poważniejszego zabezpieczenia z tamtego kierunku. Obawy. że siły jakimi rozporządzało dowództwo Powstania i siły obwodu Woli nie stanowią dostatecznej bariery od zachodu potwierdziły się w całej rozciągłości.
         Nie brakowało przykładów groteskowych. Jeszcze przed rozpoczęciem walk do ppłk. "Radosława" zgłosił się lokalny dowódca niewielkiego oddziału, aby uzgodnić współdziałanie. Zamierzał, zgodnie z rozkazem, atakować jeden z mocniejszych punktów zajmowanych przez Niemców, chociaż oddział posiadał tylko symboliczne uzbrojenie. Poradzono mu, żeby zamiast tracić ludzi, dołączył do jednego z oddziałów Zgrupowania ("Czata 49"). Na szczęście rady usłuchał.
         Rzeczywistość przekreśliła wiele założeń planu wyjściowego i zmusiła do improwizacji działań. Pierwsze spontaniczne starcia okazały się pomyślne dla powstańców. Udało się rozbić słabe oddziały żandarmerii i pogotowia wysłane nieopatrznie przez władze niemieckie dla stłumienia rozruchów, które początkowo nie wydały się groźne. Powstała sytuacja wyjątkowa. Tylko tu na Woli w rejonie zajmowanym przez Zgrupowanie "Radosław" można mówić o sukcesie, podczas gdy w tym samym czasie po krwawym załamaniu się samobójczych szturmów zapanował w innych dzielnicach nastój klęski. W godzinach wieczornych 1 sierpnia tylko w tej części miasta oddziały powstańcze zdolne były prowadzić aktywne działania i rosły w siłę, gdzie indziej dowódcy załamani wielkością strat; po wystrzelaniu skromnych zapasów amunicji, przeszli do obrony albo opuszczali Warszawę (Żoliborz. Ochota). Nie zdobyto żadnego ważniejszego obiektu. Faktycznie bezbronne oddziały, jak na ironię dowodzone przez zawodowych oficerów; atakowały w otwartym terenie w zmasowanym ogniu ciężkich karabinów maszynowych, strzelających z ukrytych stanowisk lub czołgów (lotnisko Okęcie, Cytadela, Pole Mokotowskie i inne miejsca). Tylko ktoś bardzo słabo zorientowany w sprawach wojska mógł oczekiwać sukcesu po takich działaniach. To, że Powstanie nic upadło, było zasługą mieszkańców Warszawy, którzy masowo wylegli pomagać żołnierzom. Udało się w ten sposób przezwyciężyć pierwszy kryzys i walki toczyły się jeszcze długo, przynosząc jeszcze większe straty i cierpienia. Nowe doświadczenia przesłoniły obraz pierwszych walk i klęsk. Dopiero po wojnie przyszedł czas na refleksje i analizowanie przyczyn niepowodzeń, ale oczywiście sytuacja nie sprzyjała wyrażaniu zbyt krytycznych ocen. Każdy, kto bada początkowy okres walk zastanawiać się musi, dlaczego Zgrupowaniu "Radosław" na Woli udało się to, co nie powiodło się gdzie indziej. W pozostałych dzielnicach również dowodzili fachowcy. Dlaczego uderzenie pułku "Baszta'', stosunkowo dobrze uzbrojonego i wyszkolonego nie dało takich samych pomyślnych rezultatów na Mokotowie? Przecież tamte oddziały zostały na czas skoncentrowane i dysponowały pełnym wyposażeniem w broń. Próbowano to różnie wytłumaczyć: że nieprzyjaciel był silniejszy, lepiej zorganizowany albo zachowywał się bardzie; zdecydowanie. Dla wielu ekspertów czynnikiem rozstrzygającym był fakt, że Zgrupowanie "Radosław" mając ograniczone zadania nie musiało atakować silnie bronionych obiektów, ale przecież nikt nie nakazywał czynić tego w innych dzielnicach. Robili to najczęściej dowódcy z własnej inicjatywy, nie zwracając uwagi na oczywiste dysproporcje sił i brak jakichkolwiek szans na sukces. Zamiast uczciwie uderzyć się w piersi, powojenni apologeci woleli zasłaniać się legendą "Kedywu", wspaniale wyszkolonych i uzbrojonych oddziałów szturmowych, którym wszystko musiało się udać. Inni dowódcy, ich zdaniem, mając takich żołnierzy wypadliby równie dobrze.
         O tym, że nie wszystko poszło gładko na Woli świadczy pierwszy meldunek dowódcy Zgrupowania, skierowany do pik. "Montera" (adresowany do Nurta):

         2.8.1949 r. 19.05 Ob. Nurt

         Sytuacja na moim odcinku: na zachodzie wzmaga się napór npla. Na północy pojawiły się czołgi (odparte). Na wschodzie cięgla walka ogniowa. Sytuacja amunicyjna rozpaczliwa - dysponuję amunicja na pół godziny walki.
         (-)Radosław



powrót do strony tytułowejpowrót do strony tytułowej